poniedziałek, 26 września 2011

Maraton w Łopuchowie / Mike

Stało się ostatni maraton sezonu w cyklu Grand Prix Wlkp w Maratonach MTB zaliczony i to z niezłymi wynikami zarówno Pio_trka jak i moim :) Ale najpierw parę słów wprowadzenia no i opis samej rywalizacji.
W Piątek w ramach bezpośredniego przygotowania startowego odbyłem krótki intensywny trening na Morawsku. Nie cała godzinka ale na wysokim tętnie i raczej interwałowo … akurat tak by się troszkę rozruszać przed niedzielnym wyścigiem ale nie podciąć nogi.
Potem mycie i serwis sprzętu tak by w niedziele lśnił … rzecz jasna połysk jak potrafi osiągnąć Pio_trek jest nieosiągalny dla zwykłego śmiertelnika, ale się starałem…
Tak miedzy nami mówiąc, tylko nie wydajcie mnie Braciszkowi bo on i tak się nie przyzna, jego pozaziemskie umiejętności w pielęgnacji sprzętu mają coś wspólnego z zaginaniem czasoprzeszczeni ….

No dobra, ale wracając na ziemię i do teorii względność która póki co jeszcze obowiązuje, sobotę poświeciłem na relaks i ładowanie się węglowodanami i białkiem, do tego trochę potasu i magnezu, ale wszystko z produktów żywnościowych, żadnych tablet !
W niedziele po przebudzeniu wiedziałem że będzie dobrze, jest taki rodzaj uczucia, połączenie doskonałego samopoczucia psycho-fizycznego z motywacją i determinacją, nie zawsze się to czuje ale jak już się pojawia to wiadomo że nogi będą tego dnia niosły….

Wczoraj pogoda był przepiękna , jakby zamówiona specjalnie na finałowy wyścig. Na miejscy organizatorzy mądrzejsi o zeszłoroczne doświadczenia pozaklejali przejazd przez bramki uniemożliwiając co poniektórym kasacje rowerów zamontowanych na dachu…  taka sytuacja miała miejsce rok temu.
Ostatnia porcja makaronu, numer zamontowany, bidony napełnione, napęd przesmarowany i na rundę rozgrzewkową. Spokojna jazda z paroma sprintami i przyspieszeniami. Pio_trek rzecz jasna nie słucha moich rad odnośnie całkowitego zakazu grzebania przy ustawianiach sprzętu tuz przed startem i czyścił linki… nie wiem po co, jak syf i tak gromadzi się w pancerzu no ale w końcu to Pio_trek. Te jego zabiegi skończyły się tym że całą rozgrzewkę poświęcił na regulacje rozregulowanej przerzutki. Na szczęście udało się i później w trakcie wyścigu nie meldował problemów ze zmianą biegów … Normalnie; W czepku urodzony :)

Tradycyjnie pierwsi na linii startu… powoli sektor startowy zaczął się zapełniać a my wypatrywaliśmy bezpośrednich konkurentów do generalki całego cyklu. I ku naszemu zdziwieniu i zadowoleniu oprócz Radka Tecława ( który i tak był poza zasięgiem ) nie było nikogo. Radek Lonka pierwsze miejsce miał w kieszeni więc nic dziwnego ze odpuścił, no ale u mnie o drugą lokatę powalczyć mogli Seba Swat i Mateusz Rybczyński no i moja skromna osoba. Nie ma rywali więc „jedyne” co należy zrobić to pojechać mądrze i dojechać do mety …

O 11:00 wystartowaliśmy, miała być „honorowa” za samochodem… w tym cyklu określenie „Runda Honorowa” nabiera nowego świeckiego znaczenia, w Barlinku jechaliśmy 5km/h przez 20min krążąc po mieście przy 4 stopniach Celsjusza marznąc jak jasna cholera, a w Łopuchowie samochód prowadzący leciał jakieś 70km/ …. Zaraz po wyjeździe ze stadionu tempo rozkręciło się do 50km/h, ja musiałem spawać bo przez quada zostałem przyblokowany na starcie. Udało się bez problemów i na wjeździe do lasu byłem na 6 może 7 pozycji. Tempo szalone, piach, korzenie, dziury a my mkniemy z prędkością 40-45km/h.
Przez kilkanaście minut jechałem z czołówką cały czas na takiej prędkości, noga kręciła wyśmienicie, tętno dużo powyżej progu ale czułem się ok. Po paru minutach reszta zawodników została z tyłu. I gdyby nie upadek w głębokim piachu zawodnika przede mną i całkowitą nieprzydatność moich opon na takim podłożu pewnie jeszcze jakiś czas bym się w „pociągu” Radka Tecława utrzymał. No ale cóż zanim wyminąłem pechowca i rozpędziłem w tym piachu czołówka już odjechała a tracąc kontakt z kołem przy takiej prędkości przelotowej niemożliwością jest ich dogonić.

Zostałem więc sam z kolegą z Koła, z tym samym z którym organizowaliśmy nasz pociąg w trakcie tamtego wyścigu. Niestety tym razem był zagotowany i uczciwie przyznał że na razie nie jest w stanie wejść na zmiany. Pracowałem więc sam, później dostałem parę zmian ale nie było to to o co chodzi. W okolicach rozjazdu MINI/MEGA zauważyliśmy że dochodzi nas kilkunastu osobowy peleton. Miałem jechać mądrze więc nie było sensu samemu przed nim uciekać. Poczekaliśmy więc… ku mojej wielkiej radości w peletonie tym jechał Pio_trek.
Fajnie wreszcie pojedziemy razem wyścig. Szybko zorientowałem się ze tempo jest raczej spokojne, przed nami była jedyna trudność ( nie licząc piachu ) tego wyścigu, Dziewicza Góra. Starałem się więc jechać jak najbliżej przodu „pociągu” by nie utknąć gdzieś na podjazdach. Taktyka była słuszna po pierwszym podjeździe byliśmy z Pio_trkiem w pierwszej czwórce gubiąc resztę rywali, na kolejnym przeskoczyłem do przodu a działo dokończyłem na „kilerze” wyprzedzając jeszcze jednego zawodnika.
"Killer"

Za „kilerem” czekały dziewczyny z kamerami, wodą i bananami. Dziękujemy za kibicowanie i suplementacje na trasieJ
Niestety na Dziewiczej zgubiłem bidon i to ten pełen, bałem się ze znowu tuż przed metą pojawi się odwodnienie i związane z tym skurcze… no ale nic, należy jechać dalej.

Po harcach na Dziewiczej Górze zostałem sam, jechałem swoje bez jakiegoś szaleńczego ataku, malutka już grupka pod wodza Braciszka zawisła za mną jakieś 100 może 150m. Poczekałem na nich, okazało się że Pio_trek też zgubił bidon :(. Widziałem że koledzy są mocno zmęczeni po Dziewiczej więc myślę sobie pojadę na czele. No ale znowu to samo ja swoje, a oni wiszą gdzieś z tyłu. A jedyną osobą która próbuje do mnie dospawać jest Pio_trek. Jechaliśmy tak parę kilometrów, nie było sensu jechać samemu więc znowu poczekałem…
Dziwna sytuacja z jednej strony chciałem jechać szybciej i można powiedzieć że się trochę nudziłem w tym „pociągu” z drugiej jednak jechać samemu 30km po to by na końcu ktoś cię wyprzedził…
Niestety w naszej grupie nie wielu chciało pracować, zaczęło mnie to wkurzać wiec w pewnym momencie podkręciłem na chwile tempo, a potem zjechałem do boku czekając na zmianę, i nie było nikogo kto by się podjął pracy, cholera zwolniliśmy wtedy do 20km/h, w końcu ktoś zabrał się do roboty i tak do samej mety …

Na kilka kilometrów przed finiszem podjechałem do Pio_trka by dogadać finałowy atak.
Mówię tak ( precyzja tej wypowiedzi jest bardzo istotna ):  
„Jak wiedziemy na ostatni asfaltowy kilometr wyścigu jedz blisko mnie i trzymaj koło, pod koniec wzniesienia skoczymy do przodu”
Dwóch kolegów ruszyło do ataku jeszcze w lesie więc musieliśmy do nich dospawać. Udało się to już na wspomnianym asfalcie i co Pio_trek zrobił „dokładnie” to co mówiłem czyli nie chwycił koła tylko od razu poszedł do przodu i to od wewnętrznej po jakiś krzakach jadąc. Myślę sobie, jak zwykle Braciszek zrozumiał po swojemu na ale ok kości zostały rzucone … Przyspieszyłem, a jadąc 45km/h nie jest to łatwe, doszedłem Pio_trka, krzyknąłem tylko trzymaj koło i pojechałem do przodu. Udało się urwaliśmy resztę i we dwójkę jechaliśmy do mety. Potem jeden z rywali się pozbierał i dospawał do Pio_trka. Na całe szczęście Braciszkowi udało się obronić i sekundę za mną minął linie mety.
Finałowy Atak:)
Lekka zadyszka:)

Pierwszy wyścig w którym razem wjechaliśmy na metę. Ja 10 Open, Pio_trek 11 Open. Wszystko wskazywało na to że zarówno Pio_trek jak i ja będziemy zajmowali drugie miesca w klasyfikacji generalnej całego cyklu. Jak na amatorów całkiem przyzwoicie :)
Pomiarem czasu zajmowała się tego dnia nowa firma i w końcu wyniki były szybko. Okazało się że Pio_trek jest 2 w M3 a ja 3 M2, cała drużyna na pudle. Moim skromnym zdaniem ZAJEBIŚCIE :)


Po wyścigu tradycyjnie piknik, dekoracja, tombola i dla mnie przed ostatni wyścig tego sezonu dobiegł końca.
The Puchar Brothers... :)

Na podsumowanie startów w GP Wlkp w Martonach MTB przyjdzie jeszcze czas ale wstępnie sezon można uznać za najlepszy w mojej amatorskiej karierze :)
Kolekcja rośnie:)

Za tydzień Wolsztyn i Kaczmarek Electric, tam również mam szanse na pierwsza trójkę w M2 więc powalczę…
2:09:00
Hr avg 166, Hr max 194, dist 62,4km, spd avg 29.1km/h, cad avg 99, asc 335m, kcal 2082, zmęczenie 6



sobota, 24 września 2011

"Generalka" po Kole ...

W końcu na stronie; http://www.tt.home.pl/gogolmtb/www/wynikimaraton/grand_prix_gen11.pdf 
pojawiły się wyniki "Klasyfikacji generalnej" po maratonie w Kole. Przysłowie mówi; "Lepiej późno, niż wcale", ale w tym przypadku lepiej byłoby gdyby nie było ich wcale ! Piszę tak dlatego że tabela na której widnieją wyniki jest całkowicie pomieszana, a jeden zawodnik występuje często w kilku miejscach, bo rozdzielone ma niektóre swoje maratony !!!

Nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował tego jakoś uporządkować. Do mojej klasyfikacji, zgodnie z regulaminem, brałem pięć najlepszych wyników, odliczając najsłabszy wynik jeżeli było ich więcej.
Z góry przepraszam jeśli pominąłem któryś z wyników, ale w tej tabeli naprawdę trudno czegoś nie przeoczyć!

Przed niedzielnym maratonem w Łopuchowie, klasyfikacja generalna przedstawia się następująco;


Kategoria M2
  1. 2202 pkt. Wiktor Michał        / Great Poland Bike Team    ( 5 wyścigów )
  2. 2000 pkt. Tecław Radosław      / Corratec Team                   ( 4 wyścigi )
  3. 1991 pkt. Swat Sebastian        / Swat Team                         ( 4 wyścigi )
  4. 1810 pkt. Rybczyński Mateusz / Rybczyński s'Olivier Team    ( 4 wyścigi )
  5. 1808 pkt. Pluciński Oscar        / Corratec Team                    ( 4 wyścigi )
  6. 1791 pkt. Banasik Bartosz       / Torq Superior MTB              ( 5 wyścigów )
  7. 1781 pkt. Bejm Bartosz           / Corratec Team                    ( 4 wyścigi )
               
Kategoria M3
  1. 2360 pkt. Lonka Radosław       / Corratec Team                ( 5 wyścigów ) 
  2. 2265 pkt. Kustoń Piotr          / Great Poland Bike Team ( 5 wyścigów )
  3. 2182 pkt. Wasilewski Mateusz / Aves Murowana Cykloza   ( 5 wyścigów )
  4. 1960 pkt. Pawlak Artur           / Can - Pack                       ( 5 wyścigów )
  5. 1887 pkt. Zbroszczyk Michał   / Pyrcyk Poznań                  ( 5 wyścigów )
  6. 1817 pkt. Badowski Michał     / Nieświadomi Września      ( 4 wyścigi )
  7. 1716 pkt. Sołtys Wojciech      / Emed Racing Team           ( 4 wyścigi )

P.S.
Mike w doborowym towarzystwie nadal utrzymuje się na pierwszej pozycji!
Ja natomiast spadłem na drugą pozycję, ale pozycja za Radosławem Lonką to nie wstyd a wręcz zaszczyt :)
W Łopuchowie muszę się jednak bardzo starać żeby obronić drugą lokatę !

Do zobaczenia w Łopuchowie, i niech zwyciężą najlepsi !!! Powodzenia !!!

PIO_TREK

    czwartek, 22 września 2011

    Dzień 176 / Ścianka, dostrzegalnia, przeprawa przez ... / PIO_TREK

    Ostatni trening, przed ostatnim tegorocznym maratonem w Łopuchowie ...

    Dlatego dzisiejszy trening miał charakter raczej krajoznawczy, z pojedynczymi elementami powodującymi szybsze bicie serca.

    Około południa wsiadłem na "Mariana" i ruszyłem na trasę. Postanowiłem pojechać w dawno nie odwiedzane miejsca. Na początku "klasycznie" z Szamotuły do Szczuczyna i Twardowa, a następnie lasami do Obrzycka.
    Kolejne "kroki" skierowałem przez most na Warcie do Zielonejgóry i Stobnicka, gdzie zmierzyłem się ze ścianką ...

    Dawno nie odwiedzany "techniczny" podjazd w Stobnicku.
    Stromy krótki podjazd podjechałem dwa razy na różnych przełożeniach i pojechałem dalej w stronę Stobnicy.

    Przed wsią spotkałem panią zbierającą grzyby, i zapytałem; "Czy prom w Kiszewie jeszcze kursuje?"
    Niestety miła pani odpowiedziała ze nie :( Przyjąłem tę wiadomość do siebie ,ale mimo wszystko postanowiłem ją później sprawdzić :)

    Przedtem postanowiłem udać się w kierunku dostrzegalni p-poz w lasach koło Stobnicy. Stoi ona na górce, z którą kiedyś regularnie się zmagaliśmy, wspólnie z Mike-m ...

    Dostrzegalnia p-poż w okolicach Stobnicy.

    I tym razem postanowiłem zmierzyć się z górką. Podjechałem ją z różnych stron; raz "piaszczystym" podjazdem, raz szutrowo-kamienistym, oraz najtrudniejszym "starym zagraconym" od południa.

    Po "zabawach" na wieży wróciłem do Stobnicy, gdzie zatrzymałem się przy pięknej nowej bramie ...


    Prowadzi ona do "tajemniczej" posiadłości w Puszczy Noteckiej, której budowa trwa od wielu lat.
    Na jej terenie znajduje się wielki staw z wyspą, a nad jego brzegiem stoi piękny dom. Tak było kiedyś na początku budowy, bo teraz dookoła tego terenu usypano wysoki wał z ziemi uzyskanej przy kopaniu stawu. Wał szczelnie wszystko zasłania, jedynie od strony drogi głównej widać piękny, stary odrestaurowany młyn wodny.

    Ze Stobnicy drogą asfaltową przez Kiszewko pojechałem do Kiszewa, żeby na własne oczy sprawdzić istnienie przeprawy promowej.

    Gdy dojechałem na miejsce okazało się że promu już nie ma, ale do brzegu po mojej stronie przycumowana jest łódź. Stała przy niej dziewczynka, a w łodzi leżał plecak. Zapytałem więc dziewczynkę; "Czy można się razem z nią przeprawić na drugi brzeg?"  Dziewczynka, chyba się mnie wystraszyła i nie uzyskałem odpowiedzi :( Postanowiłem jednak nie odpuszczać i podjechałem do wsi by zapytać o kursowanie łodzi. Napotkana kobieta powiedziała że prom już dawno nie pływa, a łódź jest w rękach prywatnych. Zapytana o dziewczynkę, powiedziała że czeka na brata z którym codziennie przeprawia się do szkoły w Kiszewie. Pojechałem więc z powrotem na przeprawę i spotkałem owego brata idącego w stronę łodzi. Szczęście mi dzisiaj dopisało. Po krótkiej miłej rozmowie, siedziałem z "Marianem" w łodzi i przeprawiałem się razem z nimi przez Wartę ...

    Warta od strony Kiszewa ...
    ... w trkcie przeprawy przez Wartę ...
    Warta od strony "Ruksu".
    Gdy bezpieczne wysiadłem na drugim brzegu, podziękowałem za okazaną pomoc i ruszyłem w dalszą drogę.
    Wjechałem do lasu, i na pierwszym skrzyżowaniu skręciłem w prawo w kierunku Szamotuł. Po chwili minąłem stary zniszczony młyn wodny nad Ruksem, i nie zatrzymując się, przejechałem lasami do wsi Sycyn.
    Zatrzymałem się na chwilę przy wiejskiej szkole i zrobiłem pamiątkowe zdjęcia ...

    Szkoła Podstawowa w Sycynie i ...
    ... pamiątkowa tablica przy niej.
    Ostatnia część treningu to jazda prosta drogą z Sycyna do Szamotuł, z krótkim postojem "nad Grunwaldem" ...
    Uwaga! Krzyżacy? :)
    Po niespełna dwóch godzinach byłem w rodzinnych Szamotułach, gdzie zakończyłem bardzo ciekawą krajoznawczo-treningową wycieczkę.

    W sumie pokonałem 46,40 km w czasie 1h 55min 42sek ze średnią prędkością 24 km/h
    HR śr 141 , HR max 171  , Spalone kalorie: 1656 kcal. Przewyższenie 220m. Kadencja śr. 81.
    Temp. 19 st. C

    środa, 21 września 2011

    Mistrzowstwa Wlkp w XC 2011/Mike

    W niedziele odbyły sie Mistrzostwa Wlkp w XC na Dziewiczej Górze. Tym razem wybrałem się na wyścig w charakterze kibica oraz operatora. Poniżej film z tego wydarzenia.

    Miłego oglądania :)

    P1 wersja "Soft" / Mike

    W niedziele ostatni wyścig z cyklu Grand Prix Wlkp w Maratonach MTB. Trasa płaska i szybka jedyną trudnością na niej jest przejazd przez Dziewiczą Górę… dlatego wczoraj na treningu postanowiłem troszkę „pobudzić” moc i siłę. Wykonałem 3 serie po 3 sprinty z 5min przerwy pomiędzy seriami. Do tego troszkę sprintów i interwałów na podjazdach.  Starałem się nie przeginać z obciążeniem dlatego ćwiczenia wykonałem w wersji „soft” :)
    Trening wykonałem na trasie Poznań – Lusowo/Lusówko dojeżdżając i wracając przez Strzeszyn. Pierwsza połowa treningu pod wiatr na całe szczęście już po sprintach w Przeźmierowie załapałem się za wywrotkę i do Lusowa kręciłem z prędkością 50km/h :)
    Jakiś czas temu w Lusowie zagospodarowano w bardzo fajny sposób plaże:  ławeczki, plac zabaw, pole do siatkówki itp. Teraz dodatkowo połączono ją z Lusówkiem przepiękną szutrową ścieżką wzdłuż jeziora. Co prawda zaorano całkiem przyzwoity single-track no ale co zrobić. Bliżej wsi Lusówko, co 20 m wybudowano pomosty dla wędkarzy z ławeczkami … naprawdę fajny pomysł na zagospodarowanie wybrzeża. Jeśli macie chwilkę polecam :) Warto choćby zobaczyć jak to teraz wygląda!

    Bufet w Lusowie
    Pomostem Lusówko stoi!!
    Powrót do Strzeszynka przez Sady. W Kiekrzu na podjeździe dogoniłem kolarza na szosówce. Jak mnie na moim góralu zobaczył to wziął sobie chyba za punkt honoru by na górze być pierwszy… no ale niestety dla niego po początkowym sukcesie ataku na górze w stanie totalnego ugotowania musiał uznać moją wyższość :)
    Na koniec rozjazd do Poznania.

    2:02:25 
    Hr avg 131, Hr max 182, dist 55.8km/ spd avg 29.3km/h, cad avg 96, asc 165m, kcal 1325, zmęczenie 3

    wtorek, 20 września 2011

    Regeneracja po "Michałkach" / Mike

    Wczoraj wykonałem krótka jazdę regeneracyjną. Lans po Strzeszynku, na spokojnie w pierwszej strefie. Trochę padało i wygląda na to że należy  pogodzić sie z nadchodząca jesienią i... zimą :(

    55min
    Hr avg 130, dist 24,5km/ 27km/h, kcal 620, zmęczenie 1.

    poniedziałek, 19 września 2011

    Dzień 175 / Trening po "Michałkach" / PIO_TREK

    W niedzielę odpoczywałem po maratonie "Michałki", a dzisiaj postanowiłem zobaczyć jak się moje nóżki mają. Na początku spokojnie, z czasem jednak trochę mocniej. Ogólnie nogi pracowały dzisiaj chyba lepiej niż na maratonie, ale może to tylko złudzenie, bo nie chciałem się dzisiaj wkręcić, aż do maksymalnych wartości tętna. Nie wiem zatem jak by to wyglądało na maksymalnych obrotach ?

    Dzisiejszy trening wykonałem na rowerze szosowym. Dzień chłodny, raczej bezwietrzny, momentami kropił deszcz. Trasa prowadziła przez; Szamotuły - Oborniki - Zielonągórę - Obrzycko - Szamotuły.

    Po drodze na krótkich i delikatnych podjazdach, wykonałem kilka sprintów na stojąco, żeby trochę pobudzić serducho, a przy okazji sprawdzić nogi. Cały trening przejechałem raczej na miękkim przełożeniu bez podcinania nóg. Typowa regeneracja to raczej nie była, ale nie był to też typowy trening wysiłkowy. Powiedziałbym że raczej coś pomiędzy. Choć nie było to moim zamiarem to udało się nawet wykręcić niezłą prędkość średnią :)

    W sumie pokonałem 55,30 km w czasie 1h 38min 03sek ze średnią prędkością 33,8 km/h
    HR śr 150 , HR max 173  , Spalone kalorie: 1545 kcal. Przewyższenie 100m. Temp. śr. 14 st. C.

    niedziela, 18 września 2011

    Dzień 174 / Maraton "Michałki" 2011 / PIO_TREK

    Głównym założeniem tego sezonu jest start we wszystkich edycjach cyklu Grand Prix Wielkopolski MTB, jednak sezon nie byłby pełen bez maratonu Michałki w Wieleniu.

    Siedemnasty dzień września przywitał nas chłodem, termometr samochodzie wskazywał tylko 4 st. C.
    Mimo chłodu za oknem w aucie panowała ciepła i wesoła atmosfera. Za sprawą ekipy wesołego "Edmunda" w składzie; Ania, Kasia, PIO_TREK i 3 letni Kacperek, który jechał na swoje trzecie "Michałki" !!!

    Do Wielenia dotarliśmy o 7.30 i nasze auto było dopiero czwartym samochodem na parkingu. Wykorzystałem to i od razu poszliśmy z Kacperkiem do biura zawodów żeby zarejestrować się bez kolejki. W biurze zawodów wszystkie panie zostały oczarowane przez malca, i jedna przez druga wypychały mu kieszenie słodyczami.
    Po dopełnieniu formalności otrzymałem pakiet startowy oraz  startowy numer "260".

    Wróciliśmy na parking i zabraliśmy się za wypakowywanie auta. Cały czas było bardzo chłodno, na szczęście w pakiecie startowym otrzymałem okolicznościowa ciepłą czapeczkę, która choć trochę pomagała walczyć z zimnem. W miedzy czasie dojechał do nas Mike, i równie szybko jak my dopełnił formalności w biurze zawodów. Po jego powrocie zwyczajowo zjedliśmy makaron i przygotowaliśmy rowery. Ze względu na utrzymujący się chłód odwlekaliśmy, możliwie jak najdłużej, przebranie się w stroje rowerowe ...

    T-Raperzy z nad Samy :)


    Czas płynął i w końcu jednak musieliśmy przywdziać szaty startowe. Następnie do rowerów przymocowaliśmy numery startowe, a do koszulek na plecach przypięliśmy chipy. Gdy już wszystko było gotowe udaliśmy się na krótką rozgrzewkę, która z rozgrzewką nie miał nic wspólnego. Cały czas było chłodno, wiec przejażdżka raczej nas ochłodziła niż rozgrzała. Na pewno pobudziła chociaż tętno.

    Po rozgrzewce, zwyczajowo na pół godziny przed startem jako pierwsi ustawiliśmy się w sektorze startowym To taka nasza świecka tradycja ...


    Punktualnie o dziesiątej nastąpił start i ruszyliśmy na trasę. Początek prowadził asfaltem, po którym jechaliśmy z bardzo dużymi prędkościami. Mimo to udało mi się utrzymać z czołówką i razem skręciliśmy w prawo do lasu. Przez pierwsze dwadzieścia minut szło mi całkiem nieźle, jednak z czasem było coraz gorzej :(

    Mimo, że przez cały poprzedzający tydzień raczej odpoczywałem, to nogi miałem jakieś ciężkie i czułem, że nie pracują tak jak należy. Nie mogłem złapać właściwego rytmu, traciłem kolejne pozycje, a najgorsze było to, że nie mogłem utrzymać koła w "żadnym" pociągu. Piaszczyste podjazdy raczej podbiegałem żeby jeszcze bardziej nie podcinać nóg. W pewnym momencie wyprzedziły mnie jadąca na dystansie Giga - Magdalena Hałajczak oraz jadąca na dystansie Mega - Małgorzata Zellner; im również nie utrzymałem koła :(

    Z pomocą próbował przyjść mi zawodnik z  numerem "327" p. Przybylak Tadeusz, który dał mi koło i próbował dociągnąć do poprzedzającego pociągu (Wielkie dzięki!). Prawie nam się. to udało, zabrakło może 10-15 metrów. Czułem jednak, że nawet jak doskoczymy do nich to nie będzie to moje tempo i się po prostu zajadę. Odpuściłem, a sytuację ostatecznie rozwiązał rozjazd giga/mega na którym "327" pojechał  w lewo, a ja skręciłem w prawo i kontynuowałem dystans Mega.

    Od tej chwili jechałem sam. Mimo, że nogi nie podawały tak jak należy, to starałem się jechać najmocniej jak potrafię ,żeby poprawić zeszłoroczny wynik. Momentami myślałem, że pogubiłem gdzieś trasę bo przez godzinę nie widziałem nikogo przede mną, ani za mną. jakbym jechał sam w tym maratonie!

    Nawet w maratonie jeżdżę samotnie :)
    Starałem się pilnować suplementacji i picia, choć było to bardzo trudne, bo trasa była bardzo wyboista i brakowało miejsc gdzie można było spokojnie wciągnąć żel lub napić się. Jak zwykle żele wciągałem co pół godziny, a piłem co piętnaście minut. Pod koniec drugiej godziny jazdy wypiłem guaranę, która miała pobudzić mnie w końcówce.

    Przed Wieleniem, po wyjeździe na szutrową drogę, dogoniłem i wyprzedziłem jednego, który usiadł mi na koło. Nie przejmowałem się tym i jechałem swoje. Była to decyzja słuszna, bo zgubiłem go na dziurawej ścieżce przed kartofliskiem. Minąłem tabliczkę "ostatni kilometr", a Polar wskazywał odpowiedni zapas czasu, w porównaniu do zeszłorocznego wyniku. Końcówka szła mi całkiem nieźle, zaciskając zęby jechałem co sił w nogach. Na kartoflisku wyprzedziłem grzecznie "rodzinnych-turystów" i zbliżałem się do mety ...

    Przez te maratony połamię sobie zęby :)
    Przed stadionem przejechałem obok dopingujących z całych sił Kasi, Ani i Mike-a.
    Okrążając stadion dookoła wiedziałem już że jestem lepszy niż wzeszłym roku!

    Według Polar-a pokonałem dystans 60,3 km w czasie 2h 22min 54sek ze średnia prędkością 25,3 km/h.
    Poprzedni wynik poprawiłem o sześc minut i zająłem 23 miejsce w Open i 5 w M3a do trzeciego miejsca zabrakło mi 1min 19sek. Może gdybym utrzymał któryś z pociągów, stanąłbym na pudle, ale nie ma co gdybać..

    Teraz, gdy to piszę trochę już ochłonąłem i dotarło do mnie, że osiągnąłem bardzo dobry wynik.  Cały maraton przejechałem samotnie bez żadnej pomocy i poprawiłem swój wynik z przed roku, a także zeszłoroczny wynik Brata. Może do końca życia będę jego lepszą zeszłoroczną kopią :)

    W czasie gdy my z Mike-m rywalizowaliśmy na dystansie Mega, Kacperek zmagał się na swoim rowerku Tornado, z innymi dziećmi okrążając bieżnię stadionu. Był to jego drugi start w "Michałkach", ale podobnie jak w zeszłym roku, i w tym był jednym z najmłodszych uczestników. Rywalizował  w kategorii  dzieci do lat sześciu. Dlatego tez wyścig ukończył na przed ostatniej pozycji, ale po minięciu linii mety cieszył się tak jakby był zwycięzcą ...

    Ostatnia prosta ...
    "Mam na imię Kacper, mam trzy lata i jestem SUPER kolarzem" :)
    W nagrodę za super jazdę otrzymał koszyczek, lampkę do rowerka i kolejne słodycze.

    Tradycyjnie już po maratonie, zamiast umyć rower przy wozie strażackim, umyłem przy nim swoje "boskie" ciałko :) Następnie przebrałem się w czyste ciuchy i wróciliśmy na stadion obserwować jak rozstrzygają się losy pozostałych zawodników na wszystkich dystansach.

    Zwycięskie rowery !
    Każdy z zawodników zasłużył na brawa, największe jednak wrażenie robili jednak zawodnicy kończący dystans Giga ( 100km !!! ). Rywalizację na tym wygrał Sylwester Swat tuż przed Zbyszkiem Wiktorem, którzy pokonali trasę w czasie 4h 01min 03sek ! Wśród kobiet pierwsza na dystansie Giga była niezmordowana Magdalena Hałajczak ! Wielki "szacun" :)
    Największym twardzielem okazał się Młynarski Piotr, który całą tę trasę Giga przejechał na rowerze miejskim tzw. składaku w czasie 5h 27min 30sek !!!

    Gdy rywalizacja dobiegła końca przyszedł czas na dekoracje najlepszych ...
    Wiedziałem że Mike w tym sezonie jest w znakomitej formie, i gdyby nie problemy techniczne, defekty to już nie raz stałby na podium. Może jednak tak miało być i pierwsze podium miał właśnie osiągnąć na maratonie od którego rozpoczęliśmy nasze wspólne starty, czyli na "Michałkach".
    Ciężka praca i systematyczne treningi przyniosły efekt i Mike zajął 7 miejsce w Open i 3 w kategorii M2 ! Poprawiając zeszłoroczny czas o 10 minut !!! Brawo! Brawo! Brawo!

    Mike trzeci i Great Poland Bike Team na pudle !!!

    I dla mnie "Michałki 2011" będą szczególne, ponieważ w każdej kategorii na dystansie Mega dekorowanych było sześciu zawodników. Dlatego dzięki zajęciu piątego miejsca, po raz pierwszy w życiu byłem dekorowany i stanąłem przy podium oraz otrzymałem pamiątkowy dyplom :)

    PIO_TREK o krok od pudła :)

    P.S.
    Dziwny jest ten świat jak śpiewał Czesław Niemen ! Noga mi dzisiaj nie podawała, na trasie szło ciężko, a mimo to poprawiłem zeszłoroczny czas o sześć minut, osiągnąłem życiowy wynik i otarłem się o pudło :)

    W sumie pokonałem 60,30 km w czasie 2h 22min 54sek ze średnią prędkością 25,3 km/h
    HR śr 170 , HR max 184  , Spalone kalorie: 2788 kcal. Przewyższenie 320m. Kadencja śr. 86.
    Temp. 15 st. C

    Maraton "Michałki" 2011 / Mike

    Coś ostatnią terminy zawodów zbiegają się z ważnymi rocznicami historycznymi. Maraton w Kole z atakami na WTC, a wczorajsze „Michałki” z rocznicą napaści Związku Radzieckiego na Polskę.
    Po przebudzeniu czułem się wyśmienicie, wypoczęty, zregenerowany, chętny do jazdy.
    Jadąc na zawody jak małe dziecko nie mogłem się już doczekać startu. 
    Na miejsce przyjechałem o 8:00 i ku mojemu zaskoczeniu nie było za wiele samochodów na parkingu. 
    Start o 10:00 w poprzednich latach na dwie godziny przed startem była już kolejka do rejestracji … 
    Na całe szczęście moje obawy okazały się nieuzasadnione, bo we wczorajszej  VIII edycji „Maratonu MTB Michałki” startowało ponad 400 osób.


    Organizatorzy trafili z pakietem startowym, a właściwie z jego zawartością, konkretnie z czapką… bo wczoraj z rana było bardzo zimno, około 4 stopnie ( niestety idzie zima!). Przygotowując sprzęt do startu nieźle zmarzliśmy.
    Na 45min przed startem razem z Pio_Trkiem udaliśmy się na rozgrzewkę, która przypominała niecą tą z Barlinka. Bardziej się wychłodziliśmy niż rozgrzaliśmy na ale przynajmniej mięśnie, ścięgna i serducho troszkę się pobudziło.

    Zwyczajowo jako pierwsi ustawiliśmy się na linii startu. Braciszek stwierdził że to nasza tradycja taki znak rozpoznawczy :)
    Punktualnie o wyznaczonej godzinie wystartowaliśmy. Najpierw spokojnie „honorowo” do przejazdu kolejowego a za nim ogień. Pilnowałem by jechać w czole peletonu z najlepszymi, pamiętałem nieco trasę i wiedziałem ze jak na zjeździe z asfaltu w las nie będę z przodu to szans na dobre miejsce nie będzie. Jadąc tak sobie w grupie 50km/h spoglądałem z kim mam przyjemność jechać oczywiście był Pio_trek, kuzyn Zbyszek, Oskar Pluciński, Sebastian Swat, Michał Górniak i jeszcze paru dobrych zawodników. Po skręcie do lasu udało mi się znaleźć w pierwszej 15-stce wyścigu. Tempo było naprawdę wysokie ale mnie jechało się wyśmienicie, jechałem co prawda powyżej progu ( 180 uderzeń nie schodziło z polara ) ale czułem się wczoraj wyśmienicie, noga podawała, byłem skoncentrowany i czerpałem ogromną przyjemność z jazdy. Przez większą część wyścigu przed rozjazdem dystansów Giga/Mega utrzymywałem się w tej grupie, powoli inni zaczynali „strzelać” i grupka stawała się co raz mniejsza. Potem Zbyszek, Seba, i Oskar odjechali a ja zostałem w drugiej grupie… Tempo stało się szarpane czyli takie jakiego nie lubię, na całe szczęście było trochę podjazdów więc mogłem na nich nadrobić  dystans. Po jakiś 50min stwierdziłem że nie ma sensu się tu szarpać i tracić siły, wiedziałem ze jadę wysoko i głupio by było to zmarnować. Odpuściłem więc i jak się później okazało dobrze zrobiłem po większość z tego „pociągu” jechała Giga a pozostałych i tak wyprzedziłem przed metą :)

    Przez jakiś czas jechałem sam, widząc że powoli dochodzi do mnie mała grupka. Po paru kilometrach mnie doszli ale na moje szczęście tuż przed najtrudniejszym podjazdem na trasie. Nie byli w stanie mnie urwać i  troszkę ich podmęczyłem. Jak zjechaliśmy z powrotem na płaskie byłem w stanie utrzymać ich tempo.
    Wciągnąłem żel wypiłem Guaranę i po jakimś czasie zacząłem nadawać rytm. Jechał z nami w grupie zawodnik na przełajówce, dziwnie się z nim jechało strasznie rwał, na równym jechał z tyłu natomiast na piasku i podjazdach uciekał do przodu po to by później znowu schować się w grupie… Dziwne.

    Razem z organizatorem wyścigu Tomkiem Kaczmarkiem organizowaliśmy „życie” w naszym „pociągu” na jakieś 15 km przed metą doszliśmy zawodników z którymi jechałem wcześniej. Udało im się wsiąść nam na koło, ale zmian nie dawali.
    Wiedziałem że jadę na 6/7 pozycji Open postanowiłem podgotować towarzystwo ale jadąc cały czas z pewnym zapasem. Jak się okazało na ostatnim odcinku przed słynnym „kartofliskiem” była to dobra taktyka… bo zaczęły się „czary” koledzy którzy się wozili przez większą część wyścigu nagle „ożyli” i na harce się im zebrało. Atak za atakiem, rwane tempo i cały czas powyżej progu. Po jednym z ataków zawodnika na przełajówce tylko ja byłem w stanie skontrować, dogoniłem go a przy okazji podciągnąłem resztę grupy. Tuż przed „kartofliskiem” zaatakowałem i zacząłem uciekać do mety. Uzyskałem kilkadziesiąt metrów przewagi cały czas przeklinając na dziury po jakich wiodły ostatnie metry maratonu. Tuż przed wjazdem na stadion stała Ania z Kasią kibicując co sił w gardłach :)

    Na dziurach  rywale nie mogli utrzymać mojego tempa … niestety kilkaset metrów przed metą stało się na tyle „równo i gładko” że przełajowiec zdołał mnie dogonić i na stadionie przy pojawiających się u mnie pierwszych skurczach, mnie wyprzedził.
    Znowu przegrałem finisz, ale tym razem po uczciwej walce :)                                                         

    I tak nie jest źle „Michałki” na dystansie Mega ukończyłem na 7 pozycji Open i 3 w M2. Nareszcie upragnione pudło!!! Cieszę się jak małe dziecko ale jest z czego, lata pracy przynoszą wreszcie efekty. Fajnie jest stanąć na podium wiedząc dodatkowo że dwaj poprzedzający mnie zawodnicy są prawie 10 lat młodsi ode mnie.

    Upragnione pudło... 3 w M2 :)
    Reasumując, to był ten dzień! Wszystko zagrało jak powinno, samopoczucie, wydolność, taktyka. Zeszłoroczny czas pobiłem o 10min a Pio_trek swój o 6min jest progres i to jest najważniejsze!

    Planując drugą część sezonu na wrzesień celowałem z drugim szczytem …
    Kto wie może się udało trafić ?
    2:16:54 
    Hr avg 171, Hr max 190, dist 61km, spd avg 26.8km/h, cad acg 97, asc 325m, kcal 2349, zmęczenie 8
    Myśl Dnia: Ciężka praca się opłaca :)

    czwartek, 15 września 2011

    Generalka Kaczmarek Electric / Mike

    Po niedzielnym wyścigu w Boszkowie spadłem w generalce z 1 na 7 miejsce. Ale mam jeden wyścig mniej od pozostałych i jedynie Sławomir Pituch miał w poprzednich startach lepsze wyniki ode mnie. Więc po wyścigu w Wolsztynie powinienem awansować na wyższa lokatę:)

    To tyle jesli chodzi o teorie...