niedziela, 18 września 2011

Dzień 174 / Maraton "Michałki" 2011 / PIO_TREK

Głównym założeniem tego sezonu jest start we wszystkich edycjach cyklu Grand Prix Wielkopolski MTB, jednak sezon nie byłby pełen bez maratonu Michałki w Wieleniu.

Siedemnasty dzień września przywitał nas chłodem, termometr samochodzie wskazywał tylko 4 st. C.
Mimo chłodu za oknem w aucie panowała ciepła i wesoła atmosfera. Za sprawą ekipy wesołego "Edmunda" w składzie; Ania, Kasia, PIO_TREK i 3 letni Kacperek, który jechał na swoje trzecie "Michałki" !!!

Do Wielenia dotarliśmy o 7.30 i nasze auto było dopiero czwartym samochodem na parkingu. Wykorzystałem to i od razu poszliśmy z Kacperkiem do biura zawodów żeby zarejestrować się bez kolejki. W biurze zawodów wszystkie panie zostały oczarowane przez malca, i jedna przez druga wypychały mu kieszenie słodyczami.
Po dopełnieniu formalności otrzymałem pakiet startowy oraz  startowy numer "260".

Wróciliśmy na parking i zabraliśmy się za wypakowywanie auta. Cały czas było bardzo chłodno, na szczęście w pakiecie startowym otrzymałem okolicznościowa ciepłą czapeczkę, która choć trochę pomagała walczyć z zimnem. W miedzy czasie dojechał do nas Mike, i równie szybko jak my dopełnił formalności w biurze zawodów. Po jego powrocie zwyczajowo zjedliśmy makaron i przygotowaliśmy rowery. Ze względu na utrzymujący się chłód odwlekaliśmy, możliwie jak najdłużej, przebranie się w stroje rowerowe ...

T-Raperzy z nad Samy :)


Czas płynął i w końcu jednak musieliśmy przywdziać szaty startowe. Następnie do rowerów przymocowaliśmy numery startowe, a do koszulek na plecach przypięliśmy chipy. Gdy już wszystko było gotowe udaliśmy się na krótką rozgrzewkę, która z rozgrzewką nie miał nic wspólnego. Cały czas było chłodno, wiec przejażdżka raczej nas ochłodziła niż rozgrzała. Na pewno pobudziła chociaż tętno.

Po rozgrzewce, zwyczajowo na pół godziny przed startem jako pierwsi ustawiliśmy się w sektorze startowym To taka nasza świecka tradycja ...


Punktualnie o dziesiątej nastąpił start i ruszyliśmy na trasę. Początek prowadził asfaltem, po którym jechaliśmy z bardzo dużymi prędkościami. Mimo to udało mi się utrzymać z czołówką i razem skręciliśmy w prawo do lasu. Przez pierwsze dwadzieścia minut szło mi całkiem nieźle, jednak z czasem było coraz gorzej :(

Mimo, że przez cały poprzedzający tydzień raczej odpoczywałem, to nogi miałem jakieś ciężkie i czułem, że nie pracują tak jak należy. Nie mogłem złapać właściwego rytmu, traciłem kolejne pozycje, a najgorsze było to, że nie mogłem utrzymać koła w "żadnym" pociągu. Piaszczyste podjazdy raczej podbiegałem żeby jeszcze bardziej nie podcinać nóg. W pewnym momencie wyprzedziły mnie jadąca na dystansie Giga - Magdalena Hałajczak oraz jadąca na dystansie Mega - Małgorzata Zellner; im również nie utrzymałem koła :(

Z pomocą próbował przyjść mi zawodnik z  numerem "327" p. Przybylak Tadeusz, który dał mi koło i próbował dociągnąć do poprzedzającego pociągu (Wielkie dzięki!). Prawie nam się. to udało, zabrakło może 10-15 metrów. Czułem jednak, że nawet jak doskoczymy do nich to nie będzie to moje tempo i się po prostu zajadę. Odpuściłem, a sytuację ostatecznie rozwiązał rozjazd giga/mega na którym "327" pojechał  w lewo, a ja skręciłem w prawo i kontynuowałem dystans Mega.

Od tej chwili jechałem sam. Mimo, że nogi nie podawały tak jak należy, to starałem się jechać najmocniej jak potrafię ,żeby poprawić zeszłoroczny wynik. Momentami myślałem, że pogubiłem gdzieś trasę bo przez godzinę nie widziałem nikogo przede mną, ani za mną. jakbym jechał sam w tym maratonie!

Nawet w maratonie jeżdżę samotnie :)
Starałem się pilnować suplementacji i picia, choć było to bardzo trudne, bo trasa była bardzo wyboista i brakowało miejsc gdzie można było spokojnie wciągnąć żel lub napić się. Jak zwykle żele wciągałem co pół godziny, a piłem co piętnaście minut. Pod koniec drugiej godziny jazdy wypiłem guaranę, która miała pobudzić mnie w końcówce.

Przed Wieleniem, po wyjeździe na szutrową drogę, dogoniłem i wyprzedziłem jednego, który usiadł mi na koło. Nie przejmowałem się tym i jechałem swoje. Była to decyzja słuszna, bo zgubiłem go na dziurawej ścieżce przed kartofliskiem. Minąłem tabliczkę "ostatni kilometr", a Polar wskazywał odpowiedni zapas czasu, w porównaniu do zeszłorocznego wyniku. Końcówka szła mi całkiem nieźle, zaciskając zęby jechałem co sił w nogach. Na kartoflisku wyprzedziłem grzecznie "rodzinnych-turystów" i zbliżałem się do mety ...

Przez te maratony połamię sobie zęby :)
Przed stadionem przejechałem obok dopingujących z całych sił Kasi, Ani i Mike-a.
Okrążając stadion dookoła wiedziałem już że jestem lepszy niż wzeszłym roku!

Według Polar-a pokonałem dystans 60,3 km w czasie 2h 22min 54sek ze średnia prędkością 25,3 km/h.
Poprzedni wynik poprawiłem o sześc minut i zająłem 23 miejsce w Open i 5 w M3a do trzeciego miejsca zabrakło mi 1min 19sek. Może gdybym utrzymał któryś z pociągów, stanąłbym na pudle, ale nie ma co gdybać..

Teraz, gdy to piszę trochę już ochłonąłem i dotarło do mnie, że osiągnąłem bardzo dobry wynik.  Cały maraton przejechałem samotnie bez żadnej pomocy i poprawiłem swój wynik z przed roku, a także zeszłoroczny wynik Brata. Może do końca życia będę jego lepszą zeszłoroczną kopią :)

W czasie gdy my z Mike-m rywalizowaliśmy na dystansie Mega, Kacperek zmagał się na swoim rowerku Tornado, z innymi dziećmi okrążając bieżnię stadionu. Był to jego drugi start w "Michałkach", ale podobnie jak w zeszłym roku, i w tym był jednym z najmłodszych uczestników. Rywalizował  w kategorii  dzieci do lat sześciu. Dlatego tez wyścig ukończył na przed ostatniej pozycji, ale po minięciu linii mety cieszył się tak jakby był zwycięzcą ...

Ostatnia prosta ...
"Mam na imię Kacper, mam trzy lata i jestem SUPER kolarzem" :)
W nagrodę za super jazdę otrzymał koszyczek, lampkę do rowerka i kolejne słodycze.

Tradycyjnie już po maratonie, zamiast umyć rower przy wozie strażackim, umyłem przy nim swoje "boskie" ciałko :) Następnie przebrałem się w czyste ciuchy i wróciliśmy na stadion obserwować jak rozstrzygają się losy pozostałych zawodników na wszystkich dystansach.

Zwycięskie rowery !
Każdy z zawodników zasłużył na brawa, największe jednak wrażenie robili jednak zawodnicy kończący dystans Giga ( 100km !!! ). Rywalizację na tym wygrał Sylwester Swat tuż przed Zbyszkiem Wiktorem, którzy pokonali trasę w czasie 4h 01min 03sek ! Wśród kobiet pierwsza na dystansie Giga była niezmordowana Magdalena Hałajczak ! Wielki "szacun" :)
Największym twardzielem okazał się Młynarski Piotr, który całą tę trasę Giga przejechał na rowerze miejskim tzw. składaku w czasie 5h 27min 30sek !!!

Gdy rywalizacja dobiegła końca przyszedł czas na dekoracje najlepszych ...
Wiedziałem że Mike w tym sezonie jest w znakomitej formie, i gdyby nie problemy techniczne, defekty to już nie raz stałby na podium. Może jednak tak miało być i pierwsze podium miał właśnie osiągnąć na maratonie od którego rozpoczęliśmy nasze wspólne starty, czyli na "Michałkach".
Ciężka praca i systematyczne treningi przyniosły efekt i Mike zajął 7 miejsce w Open i 3 w kategorii M2 ! Poprawiając zeszłoroczny czas o 10 minut !!! Brawo! Brawo! Brawo!

Mike trzeci i Great Poland Bike Team na pudle !!!

I dla mnie "Michałki 2011" będą szczególne, ponieważ w każdej kategorii na dystansie Mega dekorowanych było sześciu zawodników. Dlatego dzięki zajęciu piątego miejsca, po raz pierwszy w życiu byłem dekorowany i stanąłem przy podium oraz otrzymałem pamiątkowy dyplom :)

PIO_TREK o krok od pudła :)

P.S.
Dziwny jest ten świat jak śpiewał Czesław Niemen ! Noga mi dzisiaj nie podawała, na trasie szło ciężko, a mimo to poprawiłem zeszłoroczny czas o sześć minut, osiągnąłem życiowy wynik i otarłem się o pudło :)

W sumie pokonałem 60,30 km w czasie 2h 22min 54sek ze średnią prędkością 25,3 km/h
HR śr 170 , HR max 184  , Spalone kalorie: 2788 kcal. Przewyższenie 320m. Kadencja śr. 86.
Temp. 15 st. C

Maraton "Michałki" 2011 / Mike

Coś ostatnią terminy zawodów zbiegają się z ważnymi rocznicami historycznymi. Maraton w Kole z atakami na WTC, a wczorajsze „Michałki” z rocznicą napaści Związku Radzieckiego na Polskę.
Po przebudzeniu czułem się wyśmienicie, wypoczęty, zregenerowany, chętny do jazdy.
Jadąc na zawody jak małe dziecko nie mogłem się już doczekać startu. 
Na miejsce przyjechałem o 8:00 i ku mojemu zaskoczeniu nie było za wiele samochodów na parkingu. 
Start o 10:00 w poprzednich latach na dwie godziny przed startem była już kolejka do rejestracji … 
Na całe szczęście moje obawy okazały się nieuzasadnione, bo we wczorajszej  VIII edycji „Maratonu MTB Michałki” startowało ponad 400 osób.


Organizatorzy trafili z pakietem startowym, a właściwie z jego zawartością, konkretnie z czapką… bo wczoraj z rana było bardzo zimno, około 4 stopnie ( niestety idzie zima!). Przygotowując sprzęt do startu nieźle zmarzliśmy.
Na 45min przed startem razem z Pio_Trkiem udaliśmy się na rozgrzewkę, która przypominała niecą tą z Barlinka. Bardziej się wychłodziliśmy niż rozgrzaliśmy na ale przynajmniej mięśnie, ścięgna i serducho troszkę się pobudziło.

Zwyczajowo jako pierwsi ustawiliśmy się na linii startu. Braciszek stwierdził że to nasza tradycja taki znak rozpoznawczy :)
Punktualnie o wyznaczonej godzinie wystartowaliśmy. Najpierw spokojnie „honorowo” do przejazdu kolejowego a za nim ogień. Pilnowałem by jechać w czole peletonu z najlepszymi, pamiętałem nieco trasę i wiedziałem ze jak na zjeździe z asfaltu w las nie będę z przodu to szans na dobre miejsce nie będzie. Jadąc tak sobie w grupie 50km/h spoglądałem z kim mam przyjemność jechać oczywiście był Pio_trek, kuzyn Zbyszek, Oskar Pluciński, Sebastian Swat, Michał Górniak i jeszcze paru dobrych zawodników. Po skręcie do lasu udało mi się znaleźć w pierwszej 15-stce wyścigu. Tempo było naprawdę wysokie ale mnie jechało się wyśmienicie, jechałem co prawda powyżej progu ( 180 uderzeń nie schodziło z polara ) ale czułem się wczoraj wyśmienicie, noga podawała, byłem skoncentrowany i czerpałem ogromną przyjemność z jazdy. Przez większą część wyścigu przed rozjazdem dystansów Giga/Mega utrzymywałem się w tej grupie, powoli inni zaczynali „strzelać” i grupka stawała się co raz mniejsza. Potem Zbyszek, Seba, i Oskar odjechali a ja zostałem w drugiej grupie… Tempo stało się szarpane czyli takie jakiego nie lubię, na całe szczęście było trochę podjazdów więc mogłem na nich nadrobić  dystans. Po jakiś 50min stwierdziłem że nie ma sensu się tu szarpać i tracić siły, wiedziałem ze jadę wysoko i głupio by było to zmarnować. Odpuściłem więc i jak się później okazało dobrze zrobiłem po większość z tego „pociągu” jechała Giga a pozostałych i tak wyprzedziłem przed metą :)

Przez jakiś czas jechałem sam, widząc że powoli dochodzi do mnie mała grupka. Po paru kilometrach mnie doszli ale na moje szczęście tuż przed najtrudniejszym podjazdem na trasie. Nie byli w stanie mnie urwać i  troszkę ich podmęczyłem. Jak zjechaliśmy z powrotem na płaskie byłem w stanie utrzymać ich tempo.
Wciągnąłem żel wypiłem Guaranę i po jakimś czasie zacząłem nadawać rytm. Jechał z nami w grupie zawodnik na przełajówce, dziwnie się z nim jechało strasznie rwał, na równym jechał z tyłu natomiast na piasku i podjazdach uciekał do przodu po to by później znowu schować się w grupie… Dziwne.

Razem z organizatorem wyścigu Tomkiem Kaczmarkiem organizowaliśmy „życie” w naszym „pociągu” na jakieś 15 km przed metą doszliśmy zawodników z którymi jechałem wcześniej. Udało im się wsiąść nam na koło, ale zmian nie dawali.
Wiedziałem że jadę na 6/7 pozycji Open postanowiłem podgotować towarzystwo ale jadąc cały czas z pewnym zapasem. Jak się okazało na ostatnim odcinku przed słynnym „kartofliskiem” była to dobra taktyka… bo zaczęły się „czary” koledzy którzy się wozili przez większą część wyścigu nagle „ożyli” i na harce się im zebrało. Atak za atakiem, rwane tempo i cały czas powyżej progu. Po jednym z ataków zawodnika na przełajówce tylko ja byłem w stanie skontrować, dogoniłem go a przy okazji podciągnąłem resztę grupy. Tuż przed „kartofliskiem” zaatakowałem i zacząłem uciekać do mety. Uzyskałem kilkadziesiąt metrów przewagi cały czas przeklinając na dziury po jakich wiodły ostatnie metry maratonu. Tuż przed wjazdem na stadion stała Ania z Kasią kibicując co sił w gardłach :)

Na dziurach  rywale nie mogli utrzymać mojego tempa … niestety kilkaset metrów przed metą stało się na tyle „równo i gładko” że przełajowiec zdołał mnie dogonić i na stadionie przy pojawiających się u mnie pierwszych skurczach, mnie wyprzedził.
Znowu przegrałem finisz, ale tym razem po uczciwej walce :)                                                         

I tak nie jest źle „Michałki” na dystansie Mega ukończyłem na 7 pozycji Open i 3 w M2. Nareszcie upragnione pudło!!! Cieszę się jak małe dziecko ale jest z czego, lata pracy przynoszą wreszcie efekty. Fajnie jest stanąć na podium wiedząc dodatkowo że dwaj poprzedzający mnie zawodnicy są prawie 10 lat młodsi ode mnie.

Upragnione pudło... 3 w M2 :)
Reasumując, to był ten dzień! Wszystko zagrało jak powinno, samopoczucie, wydolność, taktyka. Zeszłoroczny czas pobiłem o 10min a Pio_trek swój o 6min jest progres i to jest najważniejsze!

Planując drugą część sezonu na wrzesień celowałem z drugim szczytem …
Kto wie może się udało trafić ?
2:16:54 
Hr avg 171, Hr max 190, dist 61km, spd avg 26.8km/h, cad acg 97, asc 325m, kcal 2349, zmęczenie 8
Myśl Dnia: Ciężka praca się opłaca :)

czwartek, 15 września 2011

Generalka Kaczmarek Electric / Mike

Po niedzielnym wyścigu w Boszkowie spadłem w generalce z 1 na 7 miejsce. Ale mam jeden wyścig mniej od pozostałych i jedynie Sławomir Pituch miał w poprzednich startach lepsze wyniki ode mnie. Więc po wyścigu w Wolsztynie powinienem awansować na wyższa lokatę:)

To tyle jesli chodzi o teorie...

Krótko i treściwie / Mike

Dziś krótko i intensywnie parę kółek po Morasku, potem Radojewo i powrót. 
Na początku noga nie chciała kręcić, ale w sumie nie ma się co dziwić prosto za biurka na podjazdy bez rozgrzewki …
Rezerwat "Meteoryt Morasko"
Potem było już ok, wiatr bardzo silny. Coś mi mówi, że jakieś paskudztwo przywieje.
Jutro dzień przerwy i w sobotę "Michałki"

Polar wrócił z serwisu, musiałem kupić nową opaskę, bo stara była skorodowana, wszystko działa bez zarzutu.

1:06:24 
Hr avg 137, Hr max 177, dist 23.3, spd avg 23.7, cad avg 93, asc 250m, kcal 791, zmęczenie 3

wtorek, 13 września 2011

Dzień 173 / Kompozycja własna ... / PIO_TREK

Wczoraj odpoczywałem po niedzielnym maratonie w Kole. Cały dzień uzupełniałem zaległości związane z blogiem i nie miałem czasu wykonać regeneracji. Dzisiaj postanowiłem wykonać odpowiedni trening.

W sobotę jedziemy do Wielenia na mój/nasz ulubiony maraton "Michałki", od którego zaczęła się moja przygoda z maratonami :) Chcemy uzyskać dobry wynik więc trzeba być wypoczętym, ale nie za bardzo.
Dlatego na dzisiaj zaplanowałem ostatni trening przed sobotnim maratonem. Była to kompozycja własna, będąca
połączeniem regeneracji i treningu "pobudzającego serce" ...

Najpierw oporządziłem "Mariana" po maratonie. Zdjąłem numer startowy, a następnie dokładnie go umyłem i wypieściłem. W końcu na to zasłużył, bo dowiózł mnie szybko, sprawnie i bez defektu do mety.

Po południu wsiadłem na czyściutki rower i ruszyłem w trasę ...
Pierwsze kilometry przejechałem spokojnie i regeneracyjnie. Z Szamotuł przez Gałowo, Przyborówko, Przyborowo, Myszkowo a następnie na zaporę nr.2 w Radzynach.  Po jej obu stronach znajdują się dwa krótkie podjazdy. Na jednym z nich wykonałem pięć powtórzeń ( sprinty na stojąco ) ...

  1. Podjazd 1 / 300m / 38sek / Hr max 170
  2. Rozjazd 1 / 700m / 1min 58sek / Hr śr 154
  3. Podjazd 2 / 400m / 42sek / HR max 170
  4. Rozjazd 2 / 700m / 2min 10sek / HR śr 154
  5. Podjazd 3 / 400m / 44sek / HR max 168
  6. Rozjazd 3 / 700m / 2min 09sek / HR śr 152
  7. Podjazd 4 / 300m / 42sek / HR max 168
  8. Rozjazd 4 / 800m / 2min 18sek / HR śr 150
  9. Podjazd 5 / 300m / 44sek / HR max 165
Po ostatnim sprincie zatrzymałem się na górce żeby przez chwilę odpocząć, napić się Isostara, ustalić na mapie dalszą trasę i zrobić zdjęcie tego urokliwego miejsca ...


Po krótkim postoju ruszyłem dalej w stronę Kopaniny. Przejechałem przez niewielki teren leśny i wyjechałem w Kaźmierzu, gdzie moją uwagę przykuł sprzęt wojskowy z "demobilu" ustawiony na wielkim placu.
Właśnie w tym miejscu znajduje się firma, która zajmuje się sprzedażą używanego sprzętu wojskowego ...


Z Kaźmierza chciałem pojechać prosto do Gorszewic, jednak pomyliłem drogi i dojechałem do Witkowic.
Zatrzymałem we wsi żeby spojrzeć na mapę i znalazłem polną "drogę ratunkowa", która doprowadziła mnie wspomnianych Gorszewic. Następnie przez pola uprawne przejechałem do Komorowa, gdzie zatrzymałem się na kąpielisku położonym nad jeziorem Bytyńskim ...

Kalifornia ?



Po powtórzeniach, w drugiej części treningu, chciałem jechać spokojnie i "regeneracyjnie", niestety utrudniał to bardzo silny wiatr. Momentami na odcinku od Radzyn do Komorowa musiałem bardzo zwalniać, żeby nie wskakiwać na zbyt wysokie tętno.

Na szczęście od Komorowa jechałem już w wiatrem :) Kilometry uciekały więc bardzo szybko. Mijałem kolejne wsie; Sokolniki Wielkie i Małe, Brodziszewo, z którego dojechałem do drogi "187" przed Jastrowem od strony Pniew.

Wjeżdzając na ten odcinek, dostałem wiatr centralnie w plecy i postanowiłem go wykorzystać.
Od Jastrowa do Gałowa wykonałem "długi" 9 minutowy sprint na twardym przełożeniu. Prędkość średnia oscylowała powyżej 40km/h , i doszedłem do HR max 174 .

Od Gałowa do domu przejechałem już bardzo spokojnie i zakończyłem udany trening.

W sumie pokonałem 45,40 km w czasie 1h 48min 30sek ze średnią prędkością 25,2 km/h
HR śr 139 , HR max 174  , Spalone kalorie: 1513 kcal. Przewyższenie 180m. Kadencja śr. 72.
Temp. 23 st. C

Poznań - Kiekrz 2x / Mike

Po dniu przerwy z powrotem na rowerze. Dziś regeneracja na trasie Poznań – Kiekrz przez Strzeszyn. Noga podawała jak ja pier… ale cały czas pilnowałem by nie wejść za wysoko z tętnem. Co nie było łatwe ponieważ mam mojego Polara w tej chwili w serwisie … jechałem więc na wyczucie.
Molo w Strzeszynie
Wykonałem dodatkowo w celu podtrzymania zbudowanej wydolności kilka sprintów, dynamicznych pełnych mocy podjazdów itp. Ale wszystko króciutko by nie podcinać nogi. Mam jeszcze w planie trzy wyścigi tydzień po tygodniu więc ostrożność i rozwaga z obciążeniami treningowymi w tej chwili to podstawa!

Molo w Strzeszynie ... widok z przeciwległego brzegu
Tak jak ostatnio, spotkałem sporo rowerzystów na tej trasie. Fajnie że tylu ludzi pragnie aktywnie spędzać czas, tylko dlaczego do jasnej cholery nie ubierają kasków? Przecież w chwili obecnej przyzwoity kask można już za 80-100zł kupić! Wiem jestem zboczony na punkcie rowerów, ale w zeszłym i w tym sezonie kask już parę razy uratował mi życie … bez kitu drodzy czytelnicy; ŻYCIE! Gdyby nie on to choćby dwa tygodnie temu Państwowa Straż Pożarna ( pozdrawiam Pio_Trek ) zmywałaby moją mózgownice z asfaltu na ulicy Słowackiego w Poznaniu. Tak więc rodacy trochę rozsądku, wyobraźni i kaski na łby !!!
Dawniej po lesie jeździło się tylko konno, a teraz specjalne znaki stawiają ... Zawisza Czarny się w grobie przewraca!
Dziś na treningu byłem nie całe dwie godziny, danych nie mam bo jak pisałem Polar w serwisie.
Jutro przymusowy dzień przerwy, w czwartek trochę rozkręcania tętna i w sobotę "Michałki".

Do zobaczenia …

poniedziałek, 12 września 2011

Dzień 172 / Maraton MTB w Kole / PIO_TREK

Wczoraj w Kole odbył się kolejny maraton MTB organizowany przez "Gogola". Pod względem odległości od Szamotuł, była to chyba najdalej oddalona edycja cyklu. Na szczęście dzięki autostradzie A-2 można tam bardzo sprawnie i szybko dotrzeć.

Po spakowaniu auta w Szamotułach podjechaliśmy po Mike-a i ruszyliśmy w stronę Koła.
Jak zwykle w czasie podroży nie zabrakło rozmów na ciekawe tematy m.in. Czy przelatujący ptak jest żurawiem, czaplą czy jastrzębiem ? Wszyscy byliśmy trzeźwi i wszyscy widzieliśmy z samochodu tego samego ptaka, a jednak nie udało nam się dojść do porozumienia :) Nikt z nas nie chciał jednak burzyć panującej sielankowej atmosfery i wprowadzać niepotrzebnie nerwową przed startem w maratonie. Dlatego wszyscy zgodnie odpuściliśmy temat, który pewnie kiedyś powróci :)

Kolejny raz "miasteczko maratonu" umiejscowione zostało w przepięknej scenerii. Gdy przejechaliśmy przez Koło, wjechaliśmy na wał przeciwpowodziowy, który doprowadził nas do ruin średniowiecznego zamku, położonych nad rzeką Wartą przy których znajdował się start/meta maratonu ...



Po dojeździe na miejsce, zostawiliśmy samochód na parkingu i od razu udaliśmy się do biura zawodów. Rejestracja przebiegła w miarę sprawnie, ale w jej trakcie okazało się że pojedziemy jednocześnie z dwoma różnymi numerami; jednym na rowerze "348" oraz dodatkowym "99" przyczepionym do koszulki na plecach, który tym razem był chip-em do pomiaru czasu. Jednak tak jak mawia Mike; "Trzeba zawsze zabierać ze soba numer startowy, bo nigdy nie wiadomo co Gogol namiesza" :)

Gdy spełniliśmy już wszystkie formalności i odebraliśmy po doniczce z wrzosem, który był jednym z gadżetów, wróciliśmy na parking by przygotować się do startu. A tam co? Kasia jako kobieta, zamiast cieszyć się z kwiatków, wyzwała nas od "ciot" bo nie odebraliśmy reszty gadżetów :)
Chwyciła więc sprawy w swoje ręce i poszła odebrać co nasze do biura zawodów. Po chwili wróciła z resztą gadżetów ( okolicznościowe koszulki, batony energetyczne ) oraz kolejnymi dwoma wrzosami ! Ach te kobiety !


W tym samym czasie, razem z Mike-m szykowaliśmy się do startu w maratonie; złożyliśmy rowery, założyliśmy numery startowe, przebraliśmy się w stroje rowerowe oraz przygotowaliśmy niezbędną suplementacje ( żele i bidony z Isostarem ).


Gdy wszystko było już zapięte na ostatni guzik, zwyczajowo zjedliśmy pyszny makaron przygotowany w domu przez Kasię.

Następnie wskoczyliśmy na rumaki i pojechaliśmy na wały przeciwpowodziowe, aby wykonać na nich krótka rozgrzewkę. Jak zwykle przed startem, miałem małe problemy z Polarem ale i tym razem udało mi się je przezwyciężyć ...


Kończąc rozgrzewkę pojechaliśmy na ruiny, gdzie Kasia wykonała nam małą sesję zdjęciową ...


... po której zjechaliśmy do "miasteczka maratonu" i ustawiliśmy się w sektorze startowym.

Tym razem organizator postanowił rozdzielić start dystansów "mega" i "mini". Pierwszy miał ruszyć o godzinie 11.00 , a drugi 15 minut później. To bardzo dobry pomysł bo zaraz po starcie, każdy walczy z własnymi rywalami, a nie zastanawia się czy uciekający gość to "mega" czy "mini" ? Gonić czy odpuszczać ?

Po raz kolejny jako pierwsi ustawiliśmy się w sektorze w pierwszej linii, by zaraz po starcie starać się jechać jak najdłużej w pociągu razem z czołówką. I choć nie jest to łatwe, to powoduje że nie traci się czasu na przebijanie się do przodu.

Gdy tak staliśmy oczekując na start, niezastąpiony pan Piotr Kurek wymienił nas wielokrotnie z imienia i nazwiska, uznając nas wraz z Tecławem, Lonką  i Plucińskim za czołówkę polskiego MTB. Wzbudziło to we mnie i w Mike-u salwę śmiechu :) My i czołówka polskiego MTB :)

My od dłuższego czasu na pierwszej linii, a czołówka schowana jeszcze gdzieś w cieniu.
Jak zapowiedziano, tak się stało :) Punktualnie o 11.00 ruszyliśmy na trasę. Pierwsze kilometry tasy prowadziły po wałach. Starałem się jak najdłużej utrzymać w pociągu za czołówką ...


... jednak tym razem nogi od początku nie kręciły tak jak powinny. Mimo to starałem się trzymać jak najdłużej wysokie tempo i jechać cały czas w jakimś "pociągu". Na tym maratonie miało to kluczowe znaczenie, ponieważ trasa była raczej płaska i często prowadziła w otwartym terenie, a do tego wiał dość mocny wiatr.

Przez pierwszą godzinę męczyłem się strasznie, dopiero później przyszła poprawa i zacząłem odrabiać stracone pozycje. Miałem wrażenie że kiedy ja przez pierwsza godzinę pojechałem mocno ale asekuracyjnie, to "reszta" pojechała trochę za mocno.

Gdy dojechaliśmy do bardziej pagórkowatej części trasy, powiedziałbym nawet że trochę interwałowej to zacząłem wyprzedzać kolejnych rywali. Najwięcej zyskałem na najcięższym podjeździe pod wieżę telewizyjną, bo nie dość że wyprzedziłem kilku rywali, to zaraz po nim większość ludzi się zagotowała. Przejechałem ten podjazd z środkowej tarczy ma miękkim przełożeniu z bardzo wysoką kadencją. Nie wiem czy to dzięki temu wysiłkowi, ale nogi zupełnie puściły i złapałem właściwy rytm.

Za wieżą telewizyjną nastąpił długi szutrowy zjazd na którym jechałem jak na złamanie karku. To się jednak opłaciło, bo dzięki temu "na wyciągniecie ręki" złapałem kilku rywali przede mną. Po jakimś czasie udało mi się do nich doskoczyć przez co załapałem się w dziesięcioosobowy "pociąg".

Był to dla nie kluczowy moment maratonu, ponieważ zaraz potem wjechaliśmy na asfaltowy odcinek maratonu wiec gdybym nie załapał się do "pociągu" to jadąc samotnie straciłbym w tym miejscu dużo sił i czasu. A tak jechaliśmy razem dając sobie raz po raz zmiany, choć początkowo jechałem spokojnie bo nie wiedziałem czy zdołam się z nimi utrzymać.

Przejechaliśmy tak  prawie całą ostatnią część trasy, a ja obmyślałem taktykę na koniec. Czułem się dobrze, ale nie wiedziałem jak czuje się reszta zawodników. Może oni jadą spokojnie i się czarują, a ja "głupi" myślę ze są słabi i ich ogram? Postanowiłem jednak zaryzykować i postawić wszystko na jedna kartę; "Albo wóz, albo przewóz". Wyczekałem do momentu, kiedy wyjechaliśmy na wały i naszym oczom ukazały się ruiny zamku. Do mety pozostało około 1-1,5km a ja szarpnąłem z całych sił i odjechałem im na jakieś 200m. Obróciłem się i wiedziałem że jest nieźle, bo żaden z nich nie skoczył od razu za mną. Do mety było coraz bliżej ...

Ostatnie metry przed metą ... Zęby zaciśnięte, HR max 194 !!!
Tuż przed nią zobaczyłem jeszcze kibicującą mi Kasię i ukończyłem maraton ! Kiedy minąłem linie mety, tuż po mnie przyjechali kolejni zawodnicy. Okazało się że byli bliżej niż myślałem, ale ja nie miałem czasu się obracać i gnałem do mety. Najważniejsze że "akcja" sie powiodła i nie zostałem dogoniony
Na "morderczych" ostatnich metrach osiągnąłem rekordowe dla mnie tętno HR max 194 !!!

Trasę 57,9km przejechałem w czasie 1h 58min 42sek ze średnią prędkością 29,1 km/h 

Gdy doszedłem już trochę do siebie, podeszli do mnie Kasia z Mike-m, który powiedział że uzyskaliśmy chyba dobre wyniki ...


Staliśmy przez chwilę przy rowerach i każdy z nas na bieżąco opowiedział o swoich wrażeniach z kończonego właśnie maratonu ...

Następnie poszliśmy na parking do samochodu by doprowadzić się do stanu używalności. Początkowo miałem pomysł żeby umyć się w Warcie, ale stwierdziłem że nie będę przedzierał się przez trawy i chaszcze. Zamiast kąpieli w rzece poszedłem do kolegów strażaków z Koła, którzy umyli mnie z węża przy samochodzie gaśniczym. To była bardzo orzeźwiająca kąpiel, po której mogłem przebrać się w czyste rzeczy.

Umyci oraz przebrani w czyste ciuchy zabraliśmy kocyk i poszliśmy do miasteczka maratonu by sprawdzić wyniki, obejrzeć dekoracje najlepszych zawodników, a przy okazji wypić browarka za kolejny ukończony maraton.

Po sprawdzeniu wyników okazało się że, zarówno Mike jak i ja osiągnęliśmy bardzo dobre wyniki.
Mike zajął 10 miejsce w Open, a 5 w Elicie !!! Ja natomiast zająłem 19 miejsce w Open, a 5 w Masters I !!!
Bardzo nas to ucieszyło, bo przyniesie to nam kolejne cenne zdobycze punktowe !!!

Na koniec odbyła się tradycyjna "Tombola" w której tym razem dopisało mi szczęście i wygrałem plecak z logiem "Scania" :) Tym miłym akcentem zakończyliśmy kolejny udany wyścig, po czym spakowaliśmy sprzęt i ruszyliśmy w drogę powrotna do domu ...

Z powrotem także wracaliśmy autostradą A2. Podróż mijała spokojnie. Do czasu gdy, wyhamowując przed  ostatnim przed Poznaniem punktem poboru opłat w Nagradowicach, Kasia krzyknęła że pedał sprzęgła został w podłodze !! Na szczęście udało nam się jakoś opanować sytuacje i zatrzymaliśmy się przed bramkami. Niestety parking znajdował się dopiero za nimi i dokonując opłaty za przejazd autostrada, przepchnęliśmy samochód na drugą stronę. W tym momencie nawet nas to trochę rozbawiło, bo chyba jako pierwsi w historii autostrady na "pych" przejechaliśmy przez punkt poboru opłat :)

Stojąc na parkingu, Kasia zadzwoniła po auto-pomoc i przez PZU-Asistance zamówiła auto zastępcze. W tym momencie pojawiły się trudności, bo zarówno auto-pomoc jak i auto zastępcze musiały dotrzeć do nas z Poznania przez Wrześnię :( Inaczej nie da się dojechać z Poznania to tego punktu na autostradzie. Masakra !
Kolejnym problemem było samo auto zastępcze, ponieważ musiało pomieścić trzy osoby oraz dwa rowery i bagaże !!! Cała procedura trwała ponad cztery godziny !!! Najpierw przyjechała auto-pomoc i zabrała "Edmunda" ...

"Edmund" który podróżował na lawetach :)

... a my zostaliśmy z tobołami i rowerami na parkingu. Dobrze że było w miarę ciepło i nie padał deszcz ...

Przesiedleńcy ...
Stojąc przez cztery godziny na autostradzie rozmawialiśmy na różne tematy, i w pewnym momencie Kasia wysnuła teorię spiskową; "To wrzosy przynoszą pecha!" Zarówno Mike, jaki i Ja nic o tym wcześniej nie słyszeliśmy. Zresztą Mike wierzy tylko w "fatum" golenia twarzy przed maratonem ! Inne go nie ruszają :)
Na ale na "kogoś" trzeba było zwalić winę, więc padło na wrzosy :) Dlatego też Kasia wyjęła je z samochodu i zostawiła na trawniku przy parkingu. Pozbyliśmy się "fatum", ale czy "wrzosowe fatum" w ogóle istnieje ?
Gdyby tak było, to nikt by z tego maratonu szczęśliwie nie wrócił, a innych pechowców nie spotkaliśmy.

Po długim oczekiwaniu podstawiono nam Renault Megane w kombi i zaczęliśmy się do niego pakować. Mike-owi przychodziło to z wielkim trudem, bo nie cierpi francuskich "samochodów" a najbardziej Renault !
Mimo ze było to auto kombi, to w porównaniu z "Edmundem"-kombi , musieliśmy się naprawdę mocno natrudzić żeby zmieścić się z wszystkim do auta. Na szczęście jakoś nam się to udało i mogliśmy wracać do domów. Paradoksalnie bardziej dzisiaj zmęczyło nas chyba oczekiwanie na autostradzie, niż sam maraton !

W całej tej sytuacji wielkim szczęściem, było posiadanie przez nas PZU-assistance, bo inaczej koszty mogły by nas przerosnąć a sytuacja byłaby jeszcze trudniejsza ...

Trzeba też dodać że mimo posiadania assistance, procedury jej uruchomienia w PZU pozostawiają wiele do życzenia. Gdyby zdarzyło nam się to zimą przy srogich mrozach, to zamarzli byśmy z bagażami na dworze w oczekiwaniu na na auto-pomoc i auto zastępcze

Po wcześniejszym "wysadzeniu" Mike-a, razem z Kasią dotarliśmy do domu po godzinie dwudziestej trzeciej. Tuz przed burzą i sporą ulewą !

P.S.
Na tym maratonie, trochę inaczej podszedłem do kwestii suplementacji. Zamiast tak jak zwykle 10 minut przed startem wciągnąć żel lub guaranę, postąpiłem inaczej i pierwszy żel wciągnąłem dopiero po 15 minutach jazdy. Następne po; 45 min , 1h 15min , a po 1h 40min wypiłem guaranę. Oprócz tego tak jak zwykle piłem regularnie co 15 minut oraz na bufetach. W sumie wypiłem na trasie dwa bidony Isostara po 0,6l , oraz jeden bidon Isostara jeszcze przed startem. Po wyścigu, wspólnie z Mike-m , wypiliśmy suplement Isostara na bazie potasu, który był gratisem przy zakupie tego izotoniku. Chyba pomógł, bo mimo olbrzymiego wysiłku na trasie, po jej ukończeniu nogi jakoś specjalnie mnie nie bolały.

Był to dla mnie kolejny dobrze przejechany maraton. Trafnie wyczułem momenty kiedy odpuścić, a kiedy przyspieszyć. W odpowiednich momentach zabrałem się do "pociągów". Trasa była łatwa ale ina takiej wszystko się może zdarzyć. Mnie na szczęście po raz kolejny nic złego się nie przytrafiło. Obyło się bez "gleby" i defektu. Kolejny dobry start i kolejne cenne punkty.

W sumie pokonałem 57,90 km w czasie 1h 58min 42sek ze średnią prędkością 29,1 km/h
HR śr 175 , HR max 194 ! , Spalone kalorie: 2478 kcal. Przewyższenie 190m. Kadencja śr. 88.
Temp. 29 st. C

Braterska Wyprawa - Film / Mike


Braterska wyprawa ... / PIO_TREK

Z powodu awarii komputera, dopiero dzisiaj mogę nadrobić zaległości związane z blogiem. Mam nadzieję Drodzy Czytelnicy i Fani, że nie cierpieliście z tego powodu zbyt bardzo :) ( o ile ktoś to w ogóle czyta ? :) )

Do rzeczy jednak ...
Po zeszłorocznym spływie kajakowym ...  w tym roku chcieliśmy urządzić sobie z braciszkiem Mike-m wyprawę do lasu. Planowaliśmy ją od dłuższego czasu, ale starty w maratonach, plany treningowe i inne zajęcia, uniemożliwiały jej wykonanie.

W końcu w piątek znaleźliśmy czas i ruszyliśmy w drogę. Zamierzchłe plany wyprawy, zakładały że od początku do końca będzie to wyprawa piesza ( marsz na azymut ) połączona z noclegiem pod namiotem na dziko w lesie.

Jednak długi marsz z ekwipunkiem i prowiantem wpłynąłby znacząco na zmęczenie nóg, a to było by nie pożądane tuż przed maratonem w Kole. Dlatego zamiast maszerować, wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy na biwak. Po wstępnym zapoznaniu z mapą, początkowo miał się on znajdować na wschodnim brzegu pewnego jeziora. Jego nazwy nie zdradzę, bo to nasza tajemnica, a jak ktoś zasłuży to może go tam zabierzemy :)

Myślę jednaj że jak ktoś słyszał wcześniej o tym miejscu, lub był tam osobiście, to sam zorientuje się z opisu w poście o jakie miejsce chodzi. A jak ktoś jest dobrym szpiegiem i zna się na rzeczy, to z oznaczenia na poniższym zdjęciu znajdzie to miejsce sam ...

Co to za miejsce ???
Po dotarciu na wcześniej wybrane miejsce okazało się że trudno będzie tam urządzić biwak.
Wsiedliśmy więc ponownie w samochód i podjechaliśmy na zachodni brzeg owego jeziora, co okazało się strzałem w dziesiątkę ...

Miejsce piękne, malownicze położone nad jeziorem w Puszczy Noteckiej. Z daleka od cywilizacji.
Tylko My, las i woda oraz ... Magazynier Hufca Szamotuły. Spotkaliśmy go podczas grzybobrania, połączonego z kontrolom magazynów hufca. Opowiadał nam z dumą o swojej pracy, oraz o historii tej bazy harcerskiej ...

Brama raju ?

W latach świetności na każdym turnusie stacjonowało tam około 560 harcerzy i zuchów ! Niesamowite !
A teraz pierwsze o co pytają "harcerze" przed wyjazdem na obóz  to; czy w namiotach będą podłogi, albo czy będzie dostęp do internetu ? Szok! Wierze jednak że dotyczy to nielicznych i że prawdziwi Harcerze mają się dobrze !! Między innymi dlatego teraz tak trudno Hufcowi, zorganizować choćby dwa dużo mniejsze turnusy :( Harcerstwo umiera ?

Po rozstaniu z miłym Panem przystąpiliśmy do organizacji "obozu" ... Procedura przebiegała następująco; Wypakowanie bagaży i organizacja magazyny żywnościowego ...

Zaplecze logistyczne ...
... a następnie oczyszczenie z szyszek, gałęzi, terenu wyznaczonego pod rozbicie namiotu ...


Namiot pożyczyliśmy od Gabora, więc rozbijaliśmy go po raz pierwszy.

Do rozłożenia podeszliśmy w "klasyczny", czyli najpierw rozbiliśmy sypialnie, na której mieliśmy zamiar rozłożyć tropik ...


Mimo że ( jak widać na zdjęciu ), jakimś cudem udało nam się postawić sypialnię, to założenie na niej tropiku okazało się nie możliwe. Dlatego nasze dokonania spełzły na niczym i rozpoczęliśmy prace od początku.
Po chwili namysłu stwierdziliśmy że przy tym namiocie najpierw stawia się tropik, a do niego od spodu podpina się sypialnię. Tym razem była to jedyna słuszna droga i po dłuższej chwili, namiot został robity ... :)


Gdy miejsce noclegowe było gotowe, jako zawodowy strażak zająłem się przygotowaniem bezpiecznego miejsca pod ognisko. Z powodu braku kamieni musiałem poryć trochę w ziemi :)

Palenisko pod przyszłe ognisko ...
W czasie kiedy ja kopałem palenisko, Mike zbudował miejsce do siedzenia, czytaj; piękną leśną ławeczkę ...

"Ławeczka" w czasie próby wytrzymałościowej.
Procedura budowy "obozu" przebiegała zgodnie z planem. Jak zwykle bez zbędnego gadania, każdy wiedział  co ma robić. Mike zaczął szukać drewna i innych materiałów niezbędnych do rozpalenia ogniska, a ja zabrałem się z budowę "stanowiska" niezbędnego na każdym biwaku ...

Piękna ubikacja przed pierwszym użyciem. Niech ktoś pokarze mi piękniejsze płytki !
W tym momencie całe zaplecze logistyczne było gotowe i mogliśmy przystąpić do rozpalenia ogniska. Właściwie to Mike, rozpalił ognisko z wykorzystaniem krzesiwa, noża, rozdrobnionej juty, kory brzozowej i raz kawałków drewna. Brawo braciszku, zrobiłeś to znakomicie !

Pojawienie się pierwszych płomieni było zjawiskiem mistycznym, a jednocześnie oficjalnym sygnałem rozpoczęcia braterskiego biwaku ...


W końcu mogliśmy spokojnie usiąść przy ognisku, wypić browarka, przyrządzić pierwszy posiłek, zapominając o całym świecie ! Żyć nie umierać :) Już nic nie musieliśmy a przez najbliższe 24 godziny byliśmy tylko my i otaczająca nas dzicz.

Jak zwykle siedzieliśmy rozmawiając o wszystkim i o niczym. Miedzy innymi o tym; czy perkoz należy do gatunku kaczek? Czy topnienie/cofanie się  lodowców ma wpływ na kształt linii brzegowej jezior? Po co bobry podgryzają drzewa nad brzegiem jeziora? itp.


W dzisiejszym zagonionym świecie tak wyprawa uświadamia człowiekowi, jak nie wiele potrzeba mu do szczęścia. Cisza, spokój, wspaniałe towarzystwo, zimny browar i jedzenie przygotowane na ognisku ...

Tak naprawdę to flaki i fasolka pogrzane w menażce na ognisku, kiełbasa i chleb smażone nad ogniskiem tylko w lesie posiadają swój wyjątkowy smak. Smak który trudno zapomnieć i który przypomina nam wspaniałe chwile naszego życia !

Miłym przerywnikiem pomiędzy ciekawymi rozmowami, pysznymi posiłkami była kąpiel w jeziorze. Oczywiście, jak przystało na prawdziwy biwak na dziko, także kąpiel odbyła się w tradycyjnych biwakowy strojach kąpielowych, czyli na golasa :) Mike wszedł pierwszy i pluskał się jak dzieciak. Ja natomiast niepewnie, wszedłem powoli, ale tylko do brody :) Stojąc nieruchomo z ustami tuż nad taflą wody, zacząłem wydawać, dzikie głośne dźwięki. A echo jakie niosło się po tafli wody i okolicy było nie samowitym, mistycznym przeżyciem.

Kąpiel była cudowna, ale nie trwała długo. Gdy wyszliśmy z wody, poszliśmy osuszyć się przy ognisku ...


Dzień dobiegał końca i nastał wieczór, po jak to zwykle bywa przyszła noc :) My leżąc przy ognisku cały czas rozmawialiśmy przy browarkach ...


Gdy jednak senność zaczęła wygrywać z jawą, poszliśmy położyć się do namiotu i zasnęliśmy jak dzieci.

Pierwsze przebudzenie dopadło mnie prze szóstą rano. Wyszedłem z namiotu z potrzebą, po czym otworzyłem browarka i usiadłem na chwilę nad brzegiem jeziora. Widok gładkiej tafli jeziora o poranku był czymś niesamowitym ...


Gdy nasyciłem oczy wspaniałym widokiem i pragnienie zimnym browarkiem, poszedłem ponownie zdrzemnąć się do namiotu.

Pospaliśmy z Mike-m jeszcze do dziewiątej, kiedy wstałem i zabrałem się za ponowne rozpalanie ogniska.
Grzebiąc w popiole natrafiłem na resztki żaru, z wykorzystaniem których ognisko rozbłysło nowym blaskiem.
Dzięki temu mieliśmy na czym przygotować śniadanko oraz zagotować wodę na kawę.

Siedząc przy ognisku zwróciliśmy uwagę na piasek, który mając przez cały dzień kontakt z bardzo wysoką temperaturę zmienił jakby swoją budowę, granulacje. Sam nie wiem jak to nazwać. Mike wysnuł nawet na ten temat teorie opartą na pierwiastku krzemu jako części składowej piasku i jego zachowaniu pod wpływem wysokiej temperatury. Ciężko mi ja jednak teraz przytoczyć :)

Przedpołudnie tak jak dzień poprzedni mijało powoli, ale w końcu przyszedł czas, by zwinąć sprzęt i zakończyć "Braterska wyprawę" :( Poszło nam to tak samo sprawnie jak rozbicie biwaku.

I tak jak jego początkiem było rozpalenie ogniska, tak jego końcem stało się jego wygaszenie. Przy zalewaniu ognia wodą z jeziora powstawały niesamowite "gejzery", bo okazało się że żar zagłębił się w ziemię bardziej niż położona była warstwa ziemi przygotowana początkowo pod ognisko.
Gdy upewniliśmy się, że ognisko zostało wygaszone, spakowaliśmy się do auta i ruszyliśmy w drogę powrotna do domu ...

P.S.
Mike - Bracie ! Bardzo dziękuję za kolejną wspaniałą przygodę !!! Na pewno ją powtórzymy :)