poniedziałek, 12 września 2011

Maraton Koło / Mike

11 Września 2011 to data na która przypada 10 rocznica zamachów na WTC w Nowym Yorku, wydarzenie które zmieniło wygląd obecnego świata oraz powiązań geopolitycznych które kształtować będę kierunek rozwoju zachodniej cywilizacji jeszcze na długie lata …
Na tą samą niedziele przypadł też maraton z cyklu GP Wielkopolski w Maratonach MTB w Kole. I na tym wydarzeniu się skoncentruję.

Szczerze to miałem dylemat, startuje w dwóch cyklach równolegle w wyżej wymieniony i w Kaczmarek Electric, w obu jak na razie prowadzę w generalce ( no w Electricu już nie J ) i w tym samym dniu odbywały się wyścigi zaliczane do obu cykli. Serce podpowiadało ze powinienem wystartować w naszym Wielkopolskim cyklu. I tak też zrobiłem. Wybór padł więc na Koło.
Pobudka, jedzenie, pakowanie, ble ble ble … wszyscy to już znają a aktywni zawodnicy mają swój własny rytuał przed startowy więc szkoda miejsca na opisywanie tego. 
W drodze na start wywiązała się dyskusja na temat przelatującego ptaka. Kasia i Pio_Trek twierdzą że była to Czapla a ja że jakiś ptak z gatunku Jastrzębi … Stanęło na tym że oni swoje, a ja swoje, i chyba tak już w tej kwestii zostanie :)

Miasteczko zawodów było pięknie usytuowane nad brzegiem Warty w pobliżu ruin ceglanego Grodu z okresu Średniowiecza. Do tego słoneczna pogoda … naprawdę sielankowy nastrój.  
Ruiny Grodu nad wartą
Organizacyjnie też całkiem dobrze, dziewczyny w rejestracji co prawda były troszkę zdezorientowane ale w końcu to pierwsza tego typu impreza w Kole sporo zawodników więc i zamieszanie … 
Ale co do samej rejestracji nie mam zastrzeżeń.


Warta w Kole
Krótka rozgrzewka, chwila w miasteczku startowym i na jakieś 30min przed startem ustawiliśmy się na linii startu. 
Doskonałym pomysłem jest rozdzielenie dystansów na sektory. Wprowadza to porządek i startując wiesz czy „narwaniec” miotający się nerwowo na rowerze jadący przed Tobą jedzie duży czy mały dystans… Na kilka minut przed startem pojawiła się czołówka: Radosław Lonka, Radosław Tecław, Oskar Pluciński, Mateusz Rybczyński… ale nie było Sebastiana Swata? 
Dla mnie to dobra wiadomość bo jest tuż za mną w generalce. Jadąc mądrze i nie popełniając błędów była szansa troszkę nadrobić ( wiem wiem sytuacja punktowa radykalnie się odmieni jak odrzucą najsłabsze wyniki … ale co się nacieszę prowadzeniem to moje ) punktów.

Start nastąpił bez zakłóceń i punktualnie o 11:00 ruszyliśmy. Początkowe fragmenty trasy prowadziły po wałach przeciw powodziowych wzdłuż Warty. Dobrze że staliśmy w pierwszym rzędzie na starcie bo udało się razem z czołówką odjechać od reszty i sytuacja się szybko ustabilizowała. Mnie udało się z najlepszymi jechać może jakieś 5min potem odjechali … Jedziesz 45km/h, serce wali jak szalone, płuca masz już prawie całe wyplute, mięśnie bolą jak jasna cholera… a oni przyspieszają! 
I to nie jakimś szarpnięciem, tak po prostu zaczynają się oddalać. Co do bolących mięśni, wczoraj bolały mnie cały czas od startu do samej mety, ani na moment nie puściły. Noga kręciła całkiem dobrze, siła i moc była tylko wszystko na bólu.
Jak czołówka odjechała utworzył się kilkunastu osobowy „pociąg” który stopniowo topniał. 
Cały czas jechałem w czubie grupy dając zmiany, niestety większość się woziła … ale do tego jeszcze wrócę. Po kilkunastu minutach dojechał do nas Mateusz Rybczyński. I razem z Rafałem Łukawskim po jakimś czasie zaatakowali i nas urwali. Nie było sensu gonić tylko bym stracił siły a i tak pewnie by się nie udało. Plan miałem jechać mądrze i tak tez postanowiłem zrobić. Jak się później okazało była to mądra decyzja. Przy bardzo płaskiej i szybkiej trasie z wieloma fragmentami po otwartym terenie, czynnikiem decydującym był wiatr, który wczoraj wiał dość mocno. Gdybym został sam bez osłony, szybko opadłbym z sił. Jazda w grupie była lepszym rozwiązaniem…

Pisałem kiedyś że jazda w „pociągu” nie jest moją najmocniejszą strona, napisałem też co mam zamiar zrobić by to poprawić. Jak napisałem tak zrobiłem i ostatnio zwiększyłem ilość ćwiczeń mających poprawić tą cechę. I się opłaciło bo wczoraj razem z kolegą z Koła rozdawaliśmy karty i organizowaliśmy nasz „pociąg”.
Wracając do tematu zmian i pracy w grupie. Oprócz wspomnianego kolegi i mnie w naszej grupie reszta się woziła. Co prawda weszli parę razy na zmienne, ale na krótko i raczej asekuracyjnie. Podjęliśmy kilka prób urwania „balastu”, raz na podjeździe pod wieże telekomunikacyjną ( właściwie jedyny wymagający podjazd na całej trasie ) prawie się udało… na szczycie byłem sam z przewagą 100m nad kolegą z Koła, postanowiłem na niego poczekać by razem jechać dalej. Niestety reszta trasu była płaska jak stół i reszta grupy w końcu do nas dojechała.

Na jednym z asfaltowych odcinków doszliśmy Rafała Łukawskiego wiec nasza grupka się powiększyła. Cały czas pilnowałem picia i jedzenia, mimo krótkiego dystansu tempo było wysokie więc nic nie można było pozostawić przypadkowi…
Końcówka wyścigu przebiegała tym samym odcinkiem po wale co początek. Ułatwiło to zaplanowanie finiszu. Postanowiłem wyczekać na drugiej-trzeciej pozycji do samego końca. Zaatakowałem jakieś 300m przed metą urwałem cała grupę oprócz jednego zawodnika. Niestety tuż przed metą mnie wyprzedził… no ale nie ma się co dziwić skoro przez cały dystans dał raptem dwie lub trzy krótkie zmiany! Nie ładnie tak kolego… ale wiem taki jest ten sport i tak też się wygrywa, co do stylu nie ma co dyskutować liczy się przecież skuteczność tym razem ktoś inny okazał się skuteczniejszy.

Co do organizacji. Jak na pierwsza imprezę to wszystko przebiegało nadzwyczaj sprawnie, rejestracja, start, zabezpieczeni i oznakowanie trasy, pomiar czasu, dekoracja wszystko sprawnie i na czas.

W drodze powrotnej mieliśmy drobne problemy z samochodem. Ale o tym niech napisze Pio-Trek.
Bardzo udany start. Wjeżdżając na metę wiedziałem że jest ok ale wynik i tak mnie zaskoczył. 
10 miejsce w Open i 5 w M2. Super!

Polar nie działał więc nie mam zapisu tętna.
1:56:07
Hr avg -, Hr max -, dist 59km, spd avg 30.5km/h, cad avg 99, asc 195m, kcal -, zmęczenie 8

sobota, 10 września 2011

Inwokacja... / Mike

Zaległości, zaległości, zaległości … Trochę się tego uzbierało.
W czwartek przeprowadziłem ostatni trening przed jutrzejszym wyścigiem w Kole. Spokojna jazda troszkę powyżej godziny, kilka podjazdów i sprintów by rozkręcić trochę nogę i tętno. Ale bez podcinania… Wiało i to mocno jak zwykle, nie ma co za bardzo pisać o samym treningu ważne że noga kręciła dobrze i jest mocJ
W ramach regeneracji i bezpośredniego przygotowania startowego wybraliśmy się z Pio_trkiem wczoraj z na wyprawę do lasu. Taki męski wypad na łono natury. Tylko my, las, jezioro, ognisko, rozmowy i piwko. W plecakach namiot, śpiwory, karimaty, noże itp. Długo zastanawialiśmy się gdzie się wybrać, planowanych miejscówek było kilka między innymi nad wartą… ostatecznie rzutem na taśmę wybór padł na… no i właśnie nie napisze na jakie miejsce, chce by pozostało tajemnicą i by nadal panował tam taki spokój jak teraz, jedyne co mogę zdradzić to że znajduje sią ono na północ od Sierakowa.
Odebrałem Braciszka z domu i w drogę, od razy wywiązała się bardzo interesująca rozmowa. Wyjaśniliśmy sobie jak to jest z popcornem, trzodą chlewną, kurczakami i wiele innych równie pasjonujących rzeczy. Za Sierakowem urządziliśmy sobie „Fiesta” Trophy, połączone z małym rozpoznaniem terenu by w końcu po do tarciu na miejsce podjąć decyzje że to jest to tu właśnie rozbijamy obóz.
W międzyczasie spotkaliśmy przemiłego Pana który z dumą oznajmił nam że jest Magazynierem Hufca z Szamotuł. Dumny Harcerz aż się serce kraja a w oku łezka kręci. Musielibyście go widzieć, tą jego pasje do harcerstwa, tą dumę z piastowanego stanowiska, radość z zakupu nowych namiotów... Fajne pokrzepiające spotkanie.
Po „desancie” w postaci wypakowania wszystkiego z auta i przejściu paru kroków ( tak paru! To była wersja soft wypadu do lasu J ) zabraliśmy się za rozbijanie obozowiska.
Już wcześniej ustaliliśmy że mimo ładnej pogody zaczynamy od rozbicia namiotu. Ten konkretny namiot mieliśmy pożyczony od Gabora, a propo dzięki Gabor za użyczenie sprzętu. Rozbijaliśmy go po raz pierwszy więc nie obyło się bez drobnych komplikacji i główkowania jak się za cholerstwo zabrać. No ale co dwie głowy ( nawet nasze ) to nie jedna, wiec w pojedynku namiot Great Poland Bike Team to my jesteśmy zwycięzcami :)
Potem zabraliśmy się za przygotowanie paleniska pod ognisko, zebranie chrustu itp. Ja wykonałem sobie ławeczkę oraz przygotowałem hubkę by wreszcie udowodnić Pio_Trkowi ze potrafię rozpalić ogień krzesiwem… No i się udało, brat nie dał po sobie poznać ale wiem że jest ze mnie dumnyJ
Jest ogień wiec można coś zjeść i się przy nim ogrzać i posiedzieć, i w dużym skrócie tak mniej więcej wyglądało kilkanaście następnych godzin. Z prac obozowych Pio_Trek wykonał jeszcze toaletę ale o tym pewnie sam napisze.
Tak sobie siedzieliśmy, rozmawialiśmy aż w ramach kreteńskich pomysłów Mik-a postanowiłem się wykąpać w jeziorze, Pio_Trek nie bardzo miał ochotę ale jak zobaczył mój tyłek we wodzie to nie miał wyboru… Woda ok nawet nie była taka zimna ale za to jej kolor… hmmm czysta zieleń, ale jak sobie przypomnę czasy dzieciństwa jak się w tym jeziorze kąpałem to zawsze była zielona. Po kąpieli osuszyliśmy i ogrzaliśmy się przy ogniu wracając do przerwanej dyskusji. A debatowaliśmy o naprawdę ważnych rzeczach: Czy Perkoz jest Kaczką?, Czy Bobry podgryzają drzewa bo są im potrzebne czy po to lubią? Jakie jest prawdopodobieństwo dostać w głowę spadającym żołędziem i czy Kruk jest większy od Gawrona? Sami widzicie bardzo ważne sprawy…
W takiej sielankowej atmosferze przeleciało popołudnie, noc i poranek. Około 12 zaczęliśmy się zbierać do domu…
Super fajny uspokajający wypad. Miejmy nadzieje że noga będzie jutro podawać… Wyścig krótki wiec będzie nerwowo, ważne by jechać swoje i nie popełnić błędów.
P.S.
1. Perkoz nie jest Kaczką chodź reprezentuje tą samą rodzinne- ptaki. 
2. Kury nie są trzodą. 
3. Piasek pod wpływem wysokiej temperatury ulega oczyszczeniu zmiana się również jego konsystencja.

środa, 7 września 2011

Dzień 171 / Tabata pod wiatr ... / PIO_TREK

W niedzielę kolejny maraton w Kole, dlatego ten tydzień postanowiłem przeznaczyć raczej na odpoczynek.
Żeby jednak nogi nie zastygły zupełnie, wsiadłem dzisiaj na rower szosowy i wykonałem krótki ale intensywny trening.

Z Szamotuł z wiatrem w plecy dojechałem do wsi Uścikowo przed Obornikami. Nie męcząc się zbytnio przejechałem 13,5 km w czasie 19min 48sek ze średnią 41 km/h. Za wsią skręciłem w prawo na Bogdanowo
i zrobiłem rozpoznanie odcinka na którym miałem zamiar wykonać dzisiejsze ćwiczenia ...

Po rozpoznaniu zawróciłem i rozpocząłem trening właściwy podczas którego w czasie 3min 50sek wykonywałem "protokół Tabaty" ( siedem 20 sekundowych sprintów na stojąco, przedzielonych 10 sekundowymi "odpoczynkami" ) ...
  1. Pierwsza "Tabata"  2,2 km , HR max.180 , HR śr.174
  2. Odpoczynek           2,7 km , 7min 25sek  , HR śr.145
  3. Druga     "Tabata"  2,1 km , HR max.175 , HR śr.167
  4. Odpoczynek           2,4 km , 6min 33sek  , HR śr.144
  5. Trzecia   "Tabata"  2,1 km , HR max.174 , HR śr.165
  6. Odpoczynek           2,4 km , 6min 45sek  , HR śr.150
W  czasie 32min 33sek przejechałem 13,9km z prędkością średnią 25,62 km/h

To bardzo męczące ćwiczenie, ale w przyszłym roku będę wykonywał je znacznie częściej i postaram się dojść do pięciu serii. Będzie bolało bo już dzisiaj po trzech seriach byłem bardzo zmęczony !
Mike w tym sezonie wykonywał te ćwiczenie trochę inaczej, ale sadząc po jego formie przynosi ono bardzo dobre efekty !

...ostatni "odpoczynek" był jednocześnie początkiem drogi powrotnej do domu. Do Szamotuł wracało się bo nogi były zmęczone ciężkimi ćwiczeniami, a na domiar złego w twarz wiał bardzo silny wiatr :(  I weź tu się chłopie zregeneruj "na powrocie" :)

Na szczęście za Popówkiem spotkałem Kasię która wracała samochodem z pracy. Kochana małżonka zauważyła że jazda pod wiatr idzie mi bardzo ciężko, więc zrobiła mi zasłonę z samochodu. Trochę mnie to zdziwiło, bo zawsze mówiła że to niebezpieczne. Widocznie zmieniła zdanie :) Rozpędzając się powoli za samochodem doszedłem do średniej 45-50 km/h i "spokojnie" w zasłonie dojechałem do Szamotuł.

P.S.
Zobaczyć miny mijających nas kierowców; Bezcenne :) :) :)
Być może jutro wykonam krótką regenerację, albo przejadę się z żoną na jakąś wycieczkę ?

W sumie pokonałem 43,40 km w czasiec1h 26min 40sek ze średnią prędkością 30,0 km/h
HR śr 153 , HR max 180 , Spalone kalorie: 1415 kcal.
Temp; 18 °C , Wiatr: zach o prędkości 29 km/h !!

wtorek, 6 września 2011

"Generalka" po Hermanowie ...

Po raz kolejny z radością informujemy wszystkich zainteresowany, że w klasyfikacji generalnej Grand Prix Wielkopolski w Maratonach MTB, zawodnicy GPBT nadal :) zajmują pierwsze miejsce w swoich kategoriach wiekowych !!! I nie oddadzą ich się bez walki i dobrej zabawy :)

Przed niedzielnym maratonem w Kole, klasyfikacja generalna po czterech wyścigach przedstawia się następująco;

Kategoria M2
  1. 2107 pkt. Wiktor Michał        / Great Poland Bike Team    ( 5 wyścigów )
  2. 1991 pkt. Swat Sebastian        / Swat Team                         ( 4 wyścigi )
  3. 1560 pkt. Figaj Andrzej          / GKKG  Gniezno                    ( 4 wyścigi )
  4. 1500 pkt. Tecław Radosław     / Coratec Team                      ( 3 wyścigi )
  5. 1384 pkt. Bejm Bartosz           / Corratec Team                    ( 4 wyścigi )
  6. 1375 pkt. Radomski Wojciech / Rybczyński s'Olivier Team     ( 3 wyścigi )
  7. 1369 pkt. Banasik Bartosz       / Torq Superior MTB               ( 4 wyścigi )
               

Kategoria M3
  1. 2244 pkt. Kustoń Piotr           / Great Poland Bike Team ( 5 wyścigów )
  2. 2114 pkt. Wasilewski Mateusz / Aves Murowana Cykloza    ( 5 wyścigów )
  3. 1875 pkt. Lonka Radosław       / Corratec Team                 ( 4 wyścigi )
  4. 1817 pkt. Badowski Michał      / Nieświadomi Września      ( 4 wyścigi )
  5. 1757 pkt. Zbroszczyk Michał    / Pyrcyk Poznań                  ( 5 wyścigów )
  6. 1716 pkt. Sołtys Wojciech       / Emed Racing Team           ( 4 wyścigi )
  7. 1560 pkt. Pawlak Artur           / Can - Pack                        ( 4 wyścigi )

http://www.tt.home.pl/gogolmtb/www/wynikimaraton/grand_prix_gen11.pdf

Pozdrawiamy wszystkich rywali ! I do zobaczenia na trasie :) Niech zwycięży lepszy !

PIO_TREK & Mike

Okolice Poznania / Mike

Wczoraj po pracy wskoczyłem na górala i udałem się w kierunku Góry Moraskiej,  Biedruska i Kokoryczowych Wzgórz, które ostatnio pokazał mi Gabor. Zrobiły na mnie duże wrażenie, wiec musiałem jak najszybciej tam wrócić …
Jak pisałem wcześniej w planie było zakwaszanie i tak tez wczoraj zrobiłem, krótka jazda ale sporo podjazdów i ciężkiej pracy na nich. Z początku nie mogłem się rozkręcić noga jakaś ciężka była, na całe szczęście po jakimś czasie wszystko wróciło do normy :)

Dawno nic nie nakręciłem … teren super, wąsko, szybko więc postanowiłem nadrobić trochę zaległości. Poniżej możecie obejrzeć rezultaty.  
Pogoda była nie pewna cały czas zanosiło się na deszcz, który na całe szczęście nadszedł już po treningu ale za to tradycyjnie wiało jak jasna cholera, momentami strach był kierownice puszczać no ale fronty burzowe już to do siebie maja :)

A i jeszcze jedno podjazd z nad Warty do Radojewa po bruku wychodzi na lidera w śród moich ulubionych podjazdów w okolicy Poznania. Długi, usztywniający się … idealny na ćwiczenia na podjazdach, oczywiście na góralu.

1:32:24
Hr avg 148, Hr max 180, dist 36.5km, spd avg 27km/h, cad avg 95, asc 325m, kcal 1032, zmęczenie 6


niedziela, 4 września 2011

Szwajcaria Czarkowska na piechotę / Kasia & PIO_TREK

Wspólnie z Kasią pojechaliśmy dzisiaj samochodem do Szwajcarii Czarnkowskiej. Po dojeździe na miejsce, zostawiliśmy "Edmunda" na dzikim parkingu leśnym i ruszyliśmy spenetrować na piechotę te piękne tereny ...

"Edmund" w krzakach.
Pierwsza część wędrówki to "wspinaczka" zielonym szlakiem do zamku w Goraju. Pod kontem roweru jest to podjazd bardzo ciekawy, ale dość trudny ze względu na bardzo rozrytą nawierzchnie.

PIO_TREK bez roweru ? :)
Po dojściu do zamku zatrzymaliśmy się na chwilę by obejrzeć z bliska tę ciekawą budowlę i otaczającą okolice, a przy okazji zrobiliśmy parę zdjęć ...


Obecnie w zamku mieści się Zespół Szkół Leśnych, kształcący przyszłych "Leśników".
Kiedy obejrzeliśmy okolicę, rozpoczęliśmy zejście w dół niebieskim szlakiem ...


Po chwili trafiliśmy na grób byłego właściciela tych terenów, Wilhelma Bolko Emanuela von Hochberga ...

"Wędrowcze zatrzymaj się przy tym kamieniu i pomyśl o człowieku szlachetnym i łagodnym, który osuszył wiele łez biednych ludzi; Pamięć w ich sercach jest jak pomnik trwalszy niż ten kamień."
Od grobu niebieski szlak przebiega wąską ścieżką, momentami po uroczych trawersach.
Pod kontem rowerowym jako podjazd sprawdzi się wyśmienicie i przyniesie wiele miłych wrażeń :)

W niektórych miejscach natrafiamy na spływające z góry strumyki, w których woda wygląda na krystalicznie czystą.  Ale czy tak jest w rzeczywistości ?


Niebieski szlak doprowadził nas do początku naszej wędrówki, a my tym razem ruszamy leśną nie oznaczoną w żaden sposób ścieżką, która zapowiadała się bardzo ciekawie, ale prowadziła "tylko" na szczyt wzniesienia porośniętego drzewami, przez które nie zobaczyliśmy żadnych porywających krajobrazów :(


Nie pozostało nam nic innego jak zawrócić do miejsca startu, by ruszyć w innym nowym kierunku ...

Tym razem poszliśmy leśną drogą która powoli ale coraz stromiej pięła się w kierunku niebieskiego szlaku
( pomiedzy wsiami Bzowo i Dębe ). Droga ta jest chyba najdłuższym podjazdem/zjazdem w Szwajcarii Czarnkowskiej, niezbyt wymagającym technicznie ale ze względu na długość potrafiącym zmęczyć.
Na szczycie podjazd wychodzi na polną drogę pomiędzy polami uprawnymi ...


W tym miejscu musieliśmy ponownie zawrócić, bo wieś Dębe nie była celem naszej dzisiejszej wędrówki. Droga powrotna prowadziła tą samą drogą co "wspinaczka" ...


W trakcie wędrówki byliśmy świadkami niecodziennego zdarzenia; Bliżej nam nie znany ptak łowny, porwał w swe szpony wiewiórkę, która stała się jego ofiarą i obiadem jednocześnie. Ów ptak nie wyglądał na dorosłego osobnika, a mimo to był w stanie wzbić się z nią w powietrze i lecieć !

Przez "Szwajcarię" przebiegają dwa szlaki; zielony i niebieski, ale w atlasie turystyczno-drogowym Wielkopolski którym dysponuje zaznaczone są tylko ich fragmenty przy Zamku Goraj i pomiędzy wsiami Goraj a Dębe ! Natomiast na leśnych szlakach w tych terenach jest ich znacznie więcej i co dziwne wszystkie są zielone albo niebieskie :) I wydają się nie mieć ze sobą żadnych połączeń ? Można trochę zgłupieć !

Jedną z takich odnóg szlaku poszliśmy pod górę i wyszliśmy w pole. Dosłownie i w przenośni :)


Znowu! Musieliśmy zawrócić ! Jednak dzisiaj nic nam nie przeszkadzało i cieszyliśmy się wspólną wędrówką. Chwilami Kasia wracała nawet w podskokach ...


W ten sposób wróciliśmy do "Edmunda" i ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Zatrzymaliśmy się jeszcze we wsi Pianówka, by wejść na strome zbocze z którego rozpościerał wspaniały widok.
Na szczyt prowadziła wąska ścieżka, momentami tak stroma że wspinaliśmy się, chwytając kępy traw by nie spaść :)


Ze "szczytu" zeszliśmy inną mniej stromą drogą, którą na szczęście udało nam się znaleźć :)
Cali i zdrowi wróciliśmy do samochodu a następnie pojechaliśmy do Czarnkowa, gdzie pokazałem Kasi 14% ściankę. Sam tam dawno nie byłem, więc zaskoczył mnie nowiutki asfalt położony na tym bardzo trudnym podjeździe!

Wyjeżdżając z Czarnkowa w stronę na Szamotuły, przejechaliśmy przez podjazd do wsi Dębe.
W dalszym ciągu jest on remontowany, ale już teraz widać że został poszerzony i gdy będzie gotowy na pewno wykorzystam go w przyszłych treningach. Może jeszcze w tym roku ?

P.S.
Dzisiaj z ciekawości zabrałem ze sobą Polar-a. Nie mam do niego krokomierza wiec nie wiem jaki dystans pokonaliśmy. Według jego wskazań spokojny spacer trwał dwie godziny ( bez wspinaczki w Pianówce ),
HR max 124 , HR śr 88 , Spalone kalorie 271 kcal , Przewyższenie 185m

Rusałka - Kiekrz / Mike


Pobudka, jogurt, kawa, banan i w drogę. Dziś po wczorajszej długiej jeździe postanowiłem wykonać regeneracje.
Przez niewiele ponad godzinę pedałowałem spokojnie w 1 strefie wzdłuż jezior Rusałka, Strzeszyńskiego i Kierskiego. Noga zregenerowana, brak było oznak jakiegoś większego zmęczenia po wczorajszym treningu.

Trasa fajna, szybka, równa i co najważniejsze bez piachu. Idealna właśnie na wykonanie regeneracji. Jedyną jej wadą są setki osób biegających, spacerujących i jeżdżących na rowerach. Naprawdę trzeba uważać by na kogoś nie wpaść zwłaszcza jak przemieszczasz się znacznie szybciej od reszty :) 
No ale w końcu po to są tereny zielone i należy się cieszyć że coraz więcej ludzi aktywnie spędza czas wolny.
Jutro zakwaszam… nie wiem jeszcze jakie ćwiczenia będę wykonywał ale będzie powyżej progu i boleśnie …

1:11:23 
Hr avg 129, Hr max 150, dist 31.3km, spd avg 28.3km/h, cad avg 95, asc 115m, kcal 620, zmęczenie 1

Ukryte Miejsca Wlkp. / Mike


Wczoraj po śniadaniu u znajomych i powrocie do mieszkania, wybraliśmy się razem z Gaborem na trening. Gabor chciał pokazać mi najciekawsze miejsca w okolicy Poznania, więc zapowiadał się długi dzień na rowerze.
Po drobnej przygodzie technicznej ( pana w rowerze Gabora ) ruszyliśmy parę minut po 12. Przejeżdżając przez Poznań, Gabor pokazał mi nową lokalizacje swojego sklepu rowerowego 
( Bike Park – naprawdę odjechane maszynki tam składają, polecam :) ). 
Potem na jednym z skrzyżowani złapaliśmy się za ciężarówkę i tak pomykając za nią z prędkościami powyżej 50km/h przejechaliśmy spory kawałek.

Przejazd przez „Maltę” ( Jezioro Maltańskie ). Tłumy, normalnie jak na deptaku, no bo w sumie to po deptaku jechaliśmy :)
Za Maltą wjechaliśmy na trasę maratonu Eska w Poznaniu. Dziś po tych ścieżkach będą lub już się ścigają kolarze. Wczoraj trasa była już oznaczona, oczywiście nic przy strzałkach nie majstrowaliśmy. No i w tym miejscu moja orientacja w terenie przestała nadążać. Gabor miał taką trasę, z tyloma skrótami, nawrotami itp. że odnalazłem się dopiero na Dziewiczej Górze.

W drodze na Dziewiczą
Dziewiczą podjechaliśmy trzy razy z różnych stron. Fajnie, tętno dawno nie było tak wysokie ( 192 ). Killera Gabor pojechał jak szalony ja odpuściłem, szkoda ryzykować w planie jeszcze 4 wyścigi… 
Po podjazdach urządziliśmy sobie bufet i po chwili odpoczynku ruszyliśmy w kierunku Biedruska.
Bufet na Dziewiczej
Czerwonym szlakiem dotarliśmy do Kamińska i dalej do Bolechowa. Piękne tereny, nie za dużo piachu, las mieszany ochładzający co nie co, i mnóstwo urokliwych miejsc. Z Bolechowa asfaltem do Murowanej Gośliny na Coca Cole, przy okazji Gabor przybliżył mi swoje plany na budowę 29-era. Jestem ciekaw jak rowerek wyjdzie i koniecznie muszę się na nim przejechać … bo jak do tej pory jakoś do dużych kół nie jestem przekonany. Kto wie może zmienię zdanie?
Nieopodal Bolechowa
Bufet nr. 2
Z Biedruska wzdłuż Warty do Radojewa. W Radojewie Gabor pokazał mi Kokoryczowe Wzgórza…
To jest jakaś totalna masakra! Takie tereny tuż pod miejscem pracy. Pio_Trek pisał o Szwajcarii Czarnkowskiej i tu mamy to samo. Niemal pionowe zbocza wznoszące się znad doliny Warty z wieloma ścieżkami i technicznymi wyzwaniami. Do tego klimat niczym z filmów o Robin Hood-zie i lesie Sharewood. Cudowne miejsce. Od teraz częściej będę tam zaglądał :)


Jeden z technicznych zjazdów na Kokoryczowych Wzgórzach
Na koniec wycieczki trochę zabawy na Górze Moraskiej i do domu.
Dawno nie siedziałem tak długo na rowerze. Nie był to typowy trening z powtórzeniami i zaplanowanymi ćwiczeniami. Ale było dużo górek więc na nich robiłem swoje, a pomiędzy podjazdami spokojna jazda w niskich strefach. Gabor mimo ze nie jeździ dużo, dzielnie dawał radę.


Gabor przed podjazdem na Górę Moraską
Poznałem wczoraj wiele fajnych i urokliwych miejsc obok których wielokrotnie przejeżdżałem. Wielkopolska to piękna kraina i wbrew pozorom „górzysta”. Pokonaliśmy w trakcie naszej wycieczki prawie 700m w pionie.

A i jeszcze jedno: wiatr był jakiś dziwny tego dnia bo nie przeszkadzał, nie pomagał ale wiał …

4:46:22 ( razem z bufetami, przerwami na fotki itp. ) 
Hr avg 145, Hr max 192, dist 93.5km, spd avg 24.5km/h, cad avg 91, asc 680m, kcal 2810, zmęczenie 4

sobota, 3 września 2011

Dzień 170 / Zapoznanie z protokołem Tabaty ... / PIO_TREK

Wczoraj zafundowałem sobie długi i dość męczący trening, a dzisiaj postanowiłem zapoznać się z protokołem Tabaty. Wsiadłem więc na rower szosowy i ruszyłem w trasę. Na początku jechałem spokojnie żeby sprawdzić nogi po wczorajszej wycieczce, a następnie trochę je rozkręcić.

W ten sposób przejechałem z Szamotuł przez Gaj Mały do Obrzycka, gdzie przed torami kolejowymi skręciłem w lewo i dotarłem do Pęckowa. Za wsią włączyłem czas nowego okrążenia i na prostej odkrytej drodze rozpocząłem "Tabatę" ...

Ustawiłem w miarę twarde przełożenie, ale nie najtwardsze i wykonałem pierwszy 20 sekundowy sprint na stojąco, po nim usiadłem na 10 sekund jadąc spokojnie i po ich upływie wykonałem kolejny 20 sekundowy sprint po którym znowu "odpocząłem" 10 sekund. "Tabata" z założenia ma trwać 3 minuty i 50 sekund , więc w sumie wykonałem 7 powtórzeń. Pierwsze dwa sprinty można wykonać na 80-90% możliwości, a każde następne na "maxa". Każde kolejne powtórzenie to walka z własnymi słabościami, a 10 sekundowy "odpoczynek" mija jak wystrzał z pistoletu. Ale właśnie oto w tym ćwiczeniu chodzi. Najpierw organizm pracuje na najwyższych obrotach, a po nich nie mia czasu się zregenerować. Jest to droga przez mękę :)
Pokonując odcinek drogi z Pęckowa do Ostroroga jechałem w otwartym terenie z czołowo bocznym wiatrem.
Dzisiaj "wkręciłem" się tylko do 174 uderzeń/minutę, a i tak na końcu ćwiczenia byłem bardzo wyczerpany.
Być może przyjąłem błędne założenie i nie powinienem wykonywać "Tabaty" po wczorajszym ciężkim treningu. Gdybym był bardziej wypoczęty to może tętno skoczyło by wyżej, ale jak to mówią; "Pierwsze koty za płoty ..."

Kończąc ćwiczenie dojeżdżałem już do Ostroroga, z którego skręciłem na Lipnicę. W czasie tego odcinka trasy jechałem spokojnie żeby zregenerować utracone siły. Z Lipnicy pojechałem przez chwilę w stronę Szamotuł, a następnie skręciłem do Brodziszewa.
Za wsią trafiłem na odcinek drogi Brodziszewo-Przyborowo, po który śmiało można by poprowadzić wyścig "Paris-Roubaix". Nawierzchnia drogi składała się z kamieni "zatopionych" w smole :) Wytrzęsło mnie jak nigdy w życiu i tylko czekałem kiedy złapię "laczka", ale o dziwo przejechałem bez defektu!
Gdy wjechałem na normalny asfalt to zatrzymałem się w okolicach Emilianowa, gdzie znajduje się tłocznia gazu "Szamotuły" ...

Na horyzoncie; Tłocznia Gazu "Szamotuły".
Po krótim postoju ruszyłem dalej, minąłem Przyborowo i dotarłem do Zbiornika "Radzyny", przy którym zatrzymałem się ,by zrobić zdjęcie wyremontowanego pałacu w Myszkowie ...

W tle słabo widoczny pałac w Myszkowie, bo zdjęcie zrobione komórką :)
Od Myszkowa wiatr mi sprzyjał i szybko dojechałem do Piaskowa, a tam wjechałem na drogę "184"
Poznań- Szamotuły.

Na odcinku Piaskowo-Szamotuły, z wiatrem w plecy wykonałem długi sprint "na maxa", zakończony przed przejazdem kolejowym na ulicy Dworcowej. Na koniec krótki rozjazd, kończący dzisiejszy trening ...

P.S.
W planie startowym był jutrzejszy Eska Bike Maraton, ale za radą Mike-a we wrześniu skupiamy się tylko na Kole, "Michałkach" i Łopuchowie ... Eska więc wypada :(

W sumie pokonałem 45,60 km w czasiec1h 26min 15sek ze średnią prędkością 31,9 km/h
HR śr 140 , HR max 174 , Spalone kalorie: 1221 kcal.
Temp; 25 °C , Wiatr: wsch o prędkości 8 km/h

piątek, 2 września 2011

Dzień 169 / Szwajcaria Czarnkowska / PIO_TREK

Rano po w miarę spokojnej służbie wróciłem do domu, zjadłem śniadanko i zabrałem się za planowanie treningu ...

Chwyciłem mapę w rękę, rzut oka i olśnienie; Szwajcaria Czarnkowska ! Wiele razy podczas treningów na rowerach szosowych krążyliśmy dookoła niej, ale nigdy nie było okazji by zbadać jej "serce".

Jest to trudno dostępny teren leśny w bezpośredniej okolicy Czarnkowa, zlokalizowany jest w ciągu wzgórz morenowych, wyrastających bezpośrednio z płaskiej jak stół Doliny Noteci. Różnice wysokości sięgają 80 metrów. Znajduje się tutaj kilkanaście ciekawych podjazdów, niestety wciąż czekających na odkrycie ...

Dlatego bez chwili zastanowienia wskoczyłem na "Mariana" i ruszyłem na "zagraniczną" wycieczkę ...
Tym razem spakowałem mapę i niezbędny prowiant w plecak, bo szykował się około czterogodzinny trening.

Pierwsze kilometry klasycznie przez Twardowo i lasami do Obrzycka. Następnie przejazd przez Wartę, a w Zielonejgórze wjazd do lasu i na północ w kierunku Klempicza. Po drodze postój prze "Leśnej łodzi podwodnej" ( nadal trwa na posterunku ) ...
 

... i ponowne kluczenie po lasach, zakończone szczęśliwym wyjazdem w Klempiczu. I kolejny postój, rzut oka na mapę, łyk picia i w dalszą drogę ...

Klempicz. Widok na szosę w kierunku Piotrowa.
Za Klempiczem przeciąłem drogę krajową "182" i skręcając w lewo wjechałem na leśny szlak, który doprowadził mnie do wsi Strajkowo. Po drodze wyjeżdżając z lasu zatrzymałem się by zrobić kolejne zdjęcie ....

Polna droga do Strajkowa.
Ze Strajkowa drogą asfaltową dojechałem a następnie przejechałem przez Bzowo, później przeciąłem linię kolejową oraz drogę "153" i po pokonaniu małego podjazdu dotarłem do Szwajcarii Czarnkowskiej ...

Zatrzymałem się na skrzyżowaniu szlaków i patrząc w mapę zrobiłem rozpoznanie okolicy ...

Początek zwiedzania rozpocząłem od zjazdu pięknym wąwozem. Droga raz po raz zniszczona była na skutek rwących potoków, które jakiś czas temu spływały z góry po obfitych ulewach ...


 Na końcu zjazdu wyjechałem z lasu i dotarłem do asfaltowej drogi przy wiadukcie kolejowym ...



... po czym zawróciłem i rozpocząłem dalsze penetrowanie Szwajcarii Czarnkowskiej i jej niezbadanych szlaków. Większość z nich to szlaki piesze, ale znajdzie się kilka ciekawych miejsc z bardzo wymagającymi technicznie podjazdami. Część z nich trzeba by najpierw trochę uprzątnąć, bo "zagracone" są leżącymi gałęziami, lub zniszczone i rozryte w inny sposób ...

Na pewno wrócę jeszcze w to miejsca; albo na spacerki z żoną bądź na ciężki trening z Mike-m !
Szwajcaria Czarnkowska urzekła mnie swoim pięknem i dzikością natury oraz nie zbadanymi zakątkami, które znajdują się prawie pod nosem :)

Po przeprowadzonym rozpoznaniu terenu wyjechałem z tego cudownego miejsca pokonując długi podjazd, który wcześniej był długim zjazdem. Niby nie jest zbyt stromy, ale swoje przewyższenie ma i jak na warunki wielkopolskie potrafi zmęczyć.

Gdy dotarłem do szczytu skręciłem w lewo i przez polne drogi dojechałem do wsi Dębe, gdzie zrobiłem sobie duży bufet ...

Widok na Czarnków z okolic wsi Dębe.
Znane marki; "Marian", Trek, Fox, Coca-Cola, i ... Sirius ???
 ... a we wsi Dębę aktualnie w najlepsze trwa remont drogi. Jest on chyba powiązany z remontem podjazdu od strony Czarnkowa. Bardzo mnie to cieczy, bo to jedno z moich ulubionych miejsc treningowych. Już nie mogę doczekać się jazdy na nowej nawierzchni :)

Wieś Dębe. POlska w budowie :)

Po "obfitym" bufecie wsiadłem na rower i rozpocząłem powrót do domu ...
Na początku przejechałem przez wieś Dębe i wyjechałem w kierunku Śmieszkowa, a tam wjechałem na Transwielkopolską Trasę Rowerowa - odcinek północny ( TTR-N ) i przejeżdżając kolejno przez Prusinowo, Jędrzejewo, Młynkowo, Tarnówko i Zielonagórę dotarłem do Obrzycka.
Prawie cały ten odcinek przebiegał po drogach asfaltowych więc wykorzystałem go do wykonania trzech pięciominutowych "jazd" na twardym przełożeniu, przedzielonych pięciominutowymi przerwami ze spokojną jazdą i odpoczynkiem ...

Na rynku w Obrzycku zatrzymałem się jeszcze na krótki bufecik podczas którego poczułem sielankowy, spokojny i cichy klimat tego miasteczka ... Obrzycko do Poznania ma się tak jak Techno do Sinatry :)

Piękny ratusz w Obrzycku.
Chcąc nie chcąc ruszyłem dalej i podążając dalej TTR-N przez Brączewo, Jaryszewo i Sycyn wróciłem do Szamotuł :)

P.S.
Ciekawe linki dotyczące Szwajcarii Czarnkowskiej ...
http://toadi69.bikestats.pl/234571,Szwajcaria-Czarnkowska-I-czesc.html
http://www.bankier.pl/lifestyle/wiadomosc/szwajcaria-po-polsku-rowerowe-eldorada-1791577.html

W sumie pokonałem 96,90 km w czasie 3h 40min 25sek ze średnią prędkością 26,3 km/h
HR śr 144 , HR max 172 , Spalone kalorie: 3256 kcal. Przewyższenie 355m. Kadencja śr. 79.
Temp; 20 °C , Wiatr: płn o prędkości 5 km/h